sobota, kwietnia 14, 2007

O psie - co można z nim robić i dlaczego fajnie go mieć?

Dla jasności: film jest autorstwa Amelki (ale że nie ma ona własnego bloga, to zamieszcza się go gościnnie na hot-pyszczkach), Filutka jest psem MamyJ-Pyszczka, miejsce akcji to wybieg dla intelignetnych psów w Szczecinie-Zdrojach.

piątek, marca 23, 2007

O zdolnościach analitycznych - jak i czy warto je rozwijać

J-Pyszczek wybiera się niebawem na starcie z Wielkim Babilonem. A w Babilonie, jak wiadomo, cenią przede wszystkim zdolności analityczne, plus oczywiście liderszip i to coś, czyli spark, czyli po katolickiemu - iskrę bożą. Że J-Pyszczek spark ma, wiadomo nie od dziś. Że liderszip ma - też wiadomo, bo przecież jest mężaty (a liderszip zawsze idzie w parze z posiadaniem męża). Że zdolności analityczne ma, to... no właśnie, nie do końca wiadomo.

Dlatego dzisiaj J-Pyszczek postanowił sprawdzić, czy ma zdolności analityczne, a jeśli tak, to w jakich ilościach. Nawet jeśli ma ich dużo, - pomyślał J-Pyszczek, - to, po pierwsze, nie zaszkodzi ich potrenować przed starciem, a po drugie, dla odświeżenia umysłu, warto raz na jakiś czas coś sobie wyanalizować.

J- podszedł do sprawy metodycznie. To znaczy, zastanowił się najpierw, czego trzeba, żeby w ogóle móc analizować. Odpowiedź znalazł szybko: trzeba danych. Jak mawia (a mawia?) Baudrillard (świeć Panie nad simulakrą jego duszy), dane jako takie osaczają współczesnego człowieka niejako same w sobie. Czyli daleko ich szukać nie trzeba. Ale - J-Pyszczek w porę się zreflektował, - zdolności analityczne najlepiej trenować na danych, które aż tak bardzo nie osaczają. A najlepiej, to żeby w ogóle miały cyferki. Takie dane nazywają się ilościowe.

J- postanowił więc trening zdolności odpalić na danych z gógla analyticsa (takiej zabawki góglowej, co to umożliwia śledzenie statystyk wejść na bloga). Otworzył więc sobie raport z hot-pyszczków za 2007 rok i podjął go analizować przez bite pół godziny bez przerwy. Efekty przedstawia poniżej, poddając swoje zdolności analityczne czytelnikom pod ocenę (proszę oceniać w komentarzach).

Na pierwszy ogień, J-Pyszczek zanalizował sobie mapę wejść na bloga. Metodycznie rzecz biorąc, żeby przeanalizować mapę, trzeba coś zauważyć i wyciągnąć z tego czegoś wnioski. J- zauważył więc, że gros jego czytelników jest albo z Polski, albo z Wysp, albo z Beneluxu. Stąd J- wyciągnął wniosek, że falę emigracji zarobkowej Polaków widać nawet po tym, skąd na jego bloga wchodzą.



Na drugi ogień, J- pomyślał, że zbada profil emigrantów versus profil internautów rodzimych. Po słowach kluczowych.

Dane mówią, że młoda polonia brytyjska poszukuje przede wszystkim informacji o laptopach. Frazy:
- "czym zalany laptop"
- "zalany laptop"
- "laptop zalany"
- "czym myć laptopa"
- "zalany laptop tydzień temu"
stanowią ponad 25% fraz wyszukiwanych od początku stycznia w Zjednoczonym Królestwie, prowadzących prosto na Hot-Pyszczki. Wniosek z tego taki, że emigrant zarobkowy korzysta z laptopa i dużo chleje.
Emigrant zarobkowy w Zjednoczonym Królestwie ma jednak także inne zmartwienia. Na przykład w związku z perspektywą wydawania nowozarobionych funduszy na konsumpcję kulinarną: "jak sie je małże" oraz na konsumpcję RTV/AGD: "co trzeba wiedzieć przed zakupem głośników".

Młoda polonia holenderska poszukuje w sieci informacji o Pyszczkach sensu stricto - to aż 60% wejść. W przeciwieństwie do polonii zza południowej granicy, którą frapuje:
- "gdzie jest zoo w belgii"
- "gdzie można kupić funta w antwerpii"
- "msze leuven".

A co z polonią polską? Polonia polska szykuje się do wyjazdu. Szuka bowiem:
- "polacy w leuven"
- "ile kosztuje chleb w belgii"
- "ceny w belgii"
- "ceny paliwa w belgii"
- "belgia ceny jedzenia"
- "pogoda w belgii"
- "lot do belgii"
- "belgia jak znaleźć mieszkanie"
- "belgia jak znaleźć pracę"
a nawet
- "wynajem mieszkania w lund"
- "co można kupić w amsterdamie"
i tak dalej... Polak robi się mobilny. A ostatni zgasi światło. W sumie będzie tego na oko 7-8% wejść.

Ale drugie 7-8% wejść bierze się z motywacji lustracyjnej:
- "wielgus + jacket"
- "teczka wielgusa"
- "tw i ozi"
- "problem lustracji"
- "lustracja teczki"
- "karta kieszeniowa"
- "żona wildsteina" (wyszukiwanie z 7. stycznia; niech czytelnik o predylekcjach teoriospiskowych zabawi się w kojarzenie tego z późniejszymi wydarzeniami politycznymi).

Zestaw fraz z wyszukiwarek z ostatnich trzech miesięcy daje też pewien mglisty obraz polskich problemów. Pisała o nich zresztą niedawna Polityka, nawet Dehnel i Buzek się wypowiadali. Raporty analyticsa mijają się jednak z diagnozą intelektualistów. Polaka nie trapi, że wyrżnięto elity jego narodu, ani nie trapi go, że polski pracownik nauki mało zarabia. Polaka trapi - jak pokazuje gógiel:
- "jak sie pisze referat" - duże miasta;
- "jak kupić prace" - duże miasta uniwersyteckie;
- "kto zabija wiewiórki" - Mazury i Warmia.

Wniosek taki, że problemem numer jeden w Polsce jest analfabetyzm i głód.

środa, marca 07, 2007

O rocznicy śmierci Tomasza Akwinaty

Od dawna - od Wielgusa właściwie - nic nie wstrząsało życiem Pyszczków. Były wprawdzie Pyszczki w Polsce na feriach, pobyły u swoich rodzin, wróciły do Leuven wraz z J-Siostrą, która wynudziła się (jak mniemają Pyszczki) na belgijskich feriach, ale potem, w zasadzie, nie wydarzały się żadne wydarzenia.

Do dziś. Dziś bowiem Wyższy Instytut Filozoficzny KULu (w skrócie HIW) obchodził rocznicę śmierci Tomasza Akwinaty, świętego, rzecz jasna. Święto świętego to, jak się okazuje, nie byle impreza, tu, w warunkach belgijskich. Święto świętego polega bowiem na tym, że najpierw, dla zachowania pozorów przywoitości, organizuje się wykład jakiejś filozoficnzej sławy na temat świętego. Z okazji Tomasza dziś było: ,,Tomizm analityczny''. Zaproszona sława ze Zjednoczonego Królestwa przyjechała, wygłosiła, potem została spłentowana, że fajny, taki historyczny, szkicyk nakreśliła; podziękowano sławie oklaskami, zadano kilka kurtuazyjnych pytań: - Co sława sądzi o możliwości przełożenia Tomasza na język Heideggera?; raz jeszcze zaklaskano i rozpoczęto recepcję.

Recepcję - znaczy się food and drink for free dla wszystkich, minglujmy się w imię Pana. Tego Pyszczki jeszcze nigdy w swojej alma mater na KP3 nie doświadczyły. Pomijając warunki lokalowe, którymi dysponują Leuveńczycy, a nie dysponują warszawskie filozofy - w Warszawie by taka impreza nie przeszła. Wyobraźmy sobie bowiem, że w sali Kazimierza Ajdukiewicza wisi wielki drewniany krucyfiks z realistycznym ciałem Jezusa pokrytym ranami od cięgów, przybranym w koronę cierniową; że naprzeciw Jezusa ukrzyżowanego wisi drewniana Matka Boska Boleściwa w skali 1:1; że sufit pokrywają złote polichromie (odnowione), a salę całą oświetlają żyrandole z epoki (mniejsza o to, z jakiej); do tego z rogu spogląda na zebranych słuchaczy Kardynał Mercier (reprodukcja wizerunku) - a pod instytutem parkuje van z logo uniwersyteckiej stołówki, z którego wynajęta obsługa święta Świętego Tomasza wyjmuje skrzynie wina, piwa i kanapek. Catering uniwersytecki wnosi jadło i napoje na górę, a studenci i wszyscy, którym święto Akwinaty niebłahe, wcinają i chleją, bez konieczności - dodajmy - okazania legitymacji studenckiej i udowodnienia, że jedna kanapka z paprykarzem szczecińskim i jeden kieliszek wina na mocy afiliacji do IF UW przysługujue. Tak właśnie święto świętego wygląda tu, w Leuven.

Czy na KP3 by to przeszło? Czy pod panowaniem Jaśnie J-a (nie pyszczka!), który był zamknął na kłódkę dziedziniec instytutu, bo ktoś ośmielił się na nim spożywać alkohol, udałoby się zorganizować święto świętego Tomasza? Z Cabernet Sauvignion ze średniej półki i dwoma rodzajami piwa do woli? Nawet nie pod krucyfiksem ale choćby pod portretem Ajdukiewicza o paraliżującym spojrzeniu?

Otóż J- odpowiada - nie przeszłoby. Z tych samych zresztą przyczyn, dla których IF UW nie ma wykrywalnej przez googla strony internetowej.

Zreszta, never mind, J- jest trochę zmęczony po bankiecie na chwałę Pana i na chwałę świętego Tomasza.

poniedziałek, stycznia 08, 2007

O teczkach, tfu, kartach kieszeniowych

Do J-Pyszczkowej kolekcji pedeefów dołączył wczoraj dokument niebagatelny - Karta Kieszeniowa ,,Jacket'', kryjąca całe tajemnice posługi nieschodzącego z ostatnio z ust tłuszczy biskupa Wielgusa. W ogóle, gwoli jasności, od dobrych kilku dni każdy może sobie ściągnać na swój twardy dysk teczkę, tfu, kartę kieszeniową Wielgusa i poczytać o fantastycznych przygodach Greya na tropach Szerszeni.



J-Pyszczek ściągnął sobie i, przy akompaniamencie R-Pyszczkowego pukania się w czoło, przeczytał. Lektura to długa (aż 69 stron), choć niewymagająca i fascynująca zarazem. R- nie rozumiał, jak można w ogóle tracić czas na przeglądanie takich dokumentów. ,,O ileż ciekawiej pouzupełniać strony na nowym portalu studentów filozofii UW'' - zdawały się twierdzić jego czyny.

Ale dziś R- zgodził się spędzić chwikę przed laptopem J-Pyszczka i poanalizować treść słynnej karty kieszeniowej. I co się okazało?

Otóż przede wszystkim, Pyszczki się grubo zawiodły. Jeżeli w ogóle Pyszczki dorobią się kiedyś swoich teczek, to będą to zapewne pliki xml generowane przez roboty googla. I na pewno będą miały więcej treściwych informacji, niż karta kieszeniowa z mozołem wypełniana przez wszystkich tych pułkowników Mazurków, Mroczków i Siekielewskich. Pyszczki doszły bowiem do wniosku, że teczka Wielgusa jest strasznie beztreściowa. Kiedyś, jak IPN dopiero powoływano do życia, Pyszczki sądziły, że w teczkach są przede wszystkim raporty i notatki przygotowywane przez samych TW albo OZI. Że można się dowiedzieć, kto co o kim mówił, kto kogo podgryzał, kto na kogo knuł.

Z karty kieszeniowej ,,Jacket'' numer 7207 niczego takiego Pyszczki się nie dowiedziały. Nie dowiedziały się nawet, o czym, dokładnie, Grey chciał pisać habilitację. Nie dowiedziały się, dlaczego operacja wprowadzenia Greya do obiektu Szerszenie nie powiodła się. Nie dowiedziały się, ile razy Grey, stojąc pod Cafe Glockenspiel w Salzburgu, pytał:
,,Czy nie był pan miesiąc temu na wycieczce w Rzymie?'', a niepozorny przechodzień w beżowym trenczu odpowiadał mu:
,,Nie, wybieram się do Wiecznego Miasta dopiero w przyszłym roku''.
Nie dowiedziały się również, z jakimiż to kobietami utrzymywał Grey intymne stosunki przy zachowaniu pełnej dyskrecji, ani dlaczego nie nosił sutanny. Nie dowiedziały się, skąd ubecja wiedziała, że jego informacje są prawdziwe.

Dowiedziały sie Pyszczki natomiast, jakie kombinacje operacyjne przewidywali Mazurek i Siekielewski, żeby skompromitować ks. Śliwańskiego (s. 32 pedeefa) i wyrobiły sobie jako taki obraz tego, jak to w epoce sprzed googla, działało zbieranie danych.

I jakkolwiek Pyszczki nie ferują wyroków etycznych (bo to nie ich broszka), to śmierdzi im nieco fakt, że lustruje się TW i OZI, a nie sądzi się takich Mazurków, Mroczków i Siekielskich. Że mówi się, że ,,Jacket'' Wielgusa na pewno nie jest sfałszowany, jednoczesnie nie mając żadnych dowodów na to, ile procent zawartości ,,Jacketa'' to rzeczywiście fakty, a ile - bujda na resorach.

W każdym razie, J- już wyobraził sobie, jaki biznes można by zrobić na teczkach. Na pewno świetnie sprzedawałyby się lekkie kryminały o hierarchach kościoła wydawane w serii ,,jackety'', a kazdy student dałby się poćwiartować za segregator z napisem ,,karta kieszeniowa jacket''. O ile więc te całe teczki mają w sobie jakiś potencjał, to jest to chyba tylko potencjał mocnej, rozpoznawalnej marki. Może to nawet Pyszczki zgłoszą do inkubatorów przedsiębiorczości, jak wrócą...

niedziela, grudnia 31, 2006

O Flamandzkim Romanie i że Belgia nie jest wcale taka inna, choć też nie aż taka sama

W Brabancji Flamandzkiej od tygodnia szaleją święta podchoinkowo-noworoczne - i wyglądają zupełnie inaczej, niż to, do czego przywykły Pyszczki w Polsce.

Pierwsze primo, robienie przedświątecznych zakupów to była istna przyjemność: sklepy wyjątkowo dobrze zaopatrzone w belgijskie pyszności,a przed kasami wyjątkowo króciutkie kolejki, bo cała leuveńska studenteria uciekła do domów.

Drugie primo, miasteczko niemal zamarło, ludzi zrobiło sie o połowę mniej (w końcu 30 tysięcy studentów to połowa wszystkich mieszkańców), jedynie tu i ówdzie przez parterowe okna jednorodzinnych kamienic (60% Belgów ponoć zamieszkuje własny jednorodzinny budynek) widać świętujące przed choinkami flamandzkie rodziny wieopokoleniowe.

Trzecie primo, z okazji świąt, odwołano w kościołach mszę popołudniową (jedyną w tygodniu) - co jest dla Pyszczków niesamowicie egzotycznym zjawiskiem. Ale chociaż szopkę w kościele wystawili.



I wydawać by się mogło, na przykładzie leuveńskiego folkloru świątecznego, że ta cała Belgia jest strasznie inna i dziwna i że nasz polofolklor od eurofolkloru dzieli kulturowa przepaść. Ale nie - J-Pyszczek, korzystając z wolnego czasu wakacji świątecznych odkrył, że Belgia jest bardzo podobna do Polski, co więcej - ma nawet swojego Romana!

Motywacja odkrycia J-Pyszczka była czysto epistemiczna. J- chciał się mianowicie podszkolić z niderlandzkiego (jaa, J-Pyszczek heeft nederlands gestudeerd en ze wil meer weten!). W związku z czym zainteresował się prawicą flamandzką. Znalazł na YouTubie spot wyborczy partii Vlaams Belang (w wolnym tlumaczeniu: Flamandzki Interes) i postanowił go sobie, w miarę możliwosci przetłumaczyć.

I cóż się okazało? Okazało się mianowicie, że gdyby tylko w Polsce byli muzułmańscy emigranci w większych ilościach, a Niemcy tworzyliby dużą mniejszość na południu kraju, to z dużym prawdopodobieństwem PiS lub Liga kręciłyby bardzo podobne spoty. Oto i spot:



Flamandzki Interes rozpoczyna oczywiście od epatowania poczuciem zagrożenia - w pierwszej klatce hasło 'veiligheid - bezpieczeństwo' i cytat z Guya Verhofstadta (premiera tutejszego), który kłamie bezczelnie, że przestępczość spada - a przecież nie spada, nagłówki gazet (o zabójstwie za mp3plajera i o Marcu Dutroux) mówią swoje. Flamandzki interes weźmie się za przestępców! Następny napis: 'vreemdelingen - obcokrajowcy'i komentarz, że z liberalnymi demokratami zawsze będzie za dużo obcych we Flamandii. Następne ujęcia pokazują allahowi ducha winnych Muzułmanów, ktorzy łażą, nie wiadomo po co, terroryzm sieją, jeszcze komuś krzywdę zrobią. W szczególności Muzułmanka z wózkiem wygląda na niebezpieczną. Nie wiadomo co w tym wózku wiezie.

I potem wchodzi prawdziwy Belgijski Roman!



Belgijski Roman to główna twarz Flamandzkiego Interesu, Filip Dewinter. Wygląda prawie jak nasz polski.

J- nie wie dokładnie, co Filip mówi (bo ze słuchu to jeszcze nie jest za bardzo lux), ale ważne jest to, co dzieje się w spocie dalej. Porusza się mianowicie kwestię podatków ('belastingen'). Chodzi o to, że Flamandzi strasznie się generalnie wkurzają, że płacą wysokie podatki, a korzystają z nich beznadziejni, leniwi, niedouczeni Waloni z południa. Co gorsza, jak pokazuje nagłówek w gazecie: aż półtora milona Belgów żyje na granicy ubóstwa ('1,500 000 Belgen op rand van armoede!') - procentowo to nawet chyba gorzej niż w Polsce! Choć przyznać trzeba, że zupełnie tych 15% procent ubogich tu nie widać...

Dalej spot robi się strasznie PiSowaty: 'eerlijke politiek - uczciwa polityka' i walka z kordonem sanitarnym, którym otoczyli Flamandzki Interes purpurowi w parlamencie (to znaczy, że nikt z nimi nie gada), walka o demokrację (jak wiadomo, Walonia nie jest demokratyczna, a Flamandia pod rządami Verhofstadta to bananowa republika), walka z korupcją i dalej, w ten deseń. Całkiem często pojawia się słowo 'recht' - gdyby nie to, że po niderlandzku, J- skłonny byłby sądzić, że ma deja vu.
Wrażenia dopełnia zresztą nagłówek z gazety: 'acht agenten laten erdal lopen'. Aż ośmiu agentów mają w tej Belgii!

W każdym razie, im bardziej J- ogląda spoty wyborcze Flamandzkiego Interesu, tym bardziej niepewnie się czuje wychodząc po zmierzchu z norki. Co gorsza, lektura książki, którą R- dostał pod choinkę (Belgian adventures) niepewność J-Pyszczka potęguje - sexafera w Samoobronie to pryszcz na lędźwiach Anety K. w porównaniu z siatką pedofilską wokół Marca Dutroux, a nepotyzm w naszym jednym rządzie i jednym sejmie to pikuś w porównaniu z nepotyzmem w trzech belgisjkich rządach i sześciu parlamentach.

środa, grudnia 20, 2006

O pięknej literaturze i że lepiej być prymitywkiem

Już od pewnego czasu J-Pyszczek zdaje sobie sprawę, że daleko mu do jakichś tam akademików i yntelektualystów, bo tak naprawdę, to jest strasznym prymitywem.

J-Pyszczek szczyci sie bowiem tym, że od czterech lat nie czyta pięknej literatury (w przeciweństwie do Siostry J-Pyszczka i jej szwagra, czyli R-a). To znaczy czyta trochę takich tam powieści, ale nic z wyższej półki, na przykład jedną książkę o zbuntowanym prawniku Johna Grishama (''Street Lawyer'', strasznie tendencyjny) i jedną współczesną prozę młodą polską, Piotra Czerskiego broszurkę o tym, jak umiera papież. Kupił sobie też J- latem ,,Szminkę w Wielkim Mieście'' pomysłodawczyni serialu ''Sluts and The City'', ale nie dał rady przebrnąć przez ową, bo zaczął gubić się w bohaterkach (wszystkie były takie same). Podobnież, kiedy R- kupił J-owi ''Sprawiediwość owiec'' i chlusnął ją jednym tchem w pociągu, to J-, jak zaczął czytać, to po dwudziestu stronach zaczął się gubić w bohaterach (tym razem jeszcze bardziej takich samych, wszak książka była o owcach) i też odłożył.

Dlatego J- generalnie książek z historyjką nie czyta - w wersji oficjalnej, dlatego, że wyraża postmodernistyczny bunt przeciw wielkim narracjom, a w wersji dla krewnych i znajomych - datego, że jest małym puchatym prymitywkiem i woli oglądać zajawki desperate housewives na youTubie.

Ale ostatnio w życiu J-Pyszczka wydarzył się pewien przełom - J- przypomniał sobie mianowicie, jak to młodym pyszczęciem będąc, nosząc rozmiar 34 pupy i 40 tułowia, chadzał na indywidualny program z polskiego, krytykował nadprodukcję beletrystyczną Manueli Gretkowskiej i zachwycał się ,,Wyspą Hobsona''.
,,To były czasy...'' - myślał J-Pyszczek, a jego nostalgię dopingował R-:
,,No..., kiedyś to ty byłaś taką fajną intelektualną laską... a teraz... czytałabyś tylko te książki naukowe nudne, czekoladę z Aldiego wcinała i na dzieciuki tylko czekała... ''

Cóż więc J- zrobił? J- wypożyczył sobie książkę. Powieść, w sensie, bo R- dodał jeszcze, że od czytania powieści łatwiej przychodzi pisanie porgramów. J- nie zrobił tego, rzecz jasna , na żywioł. Najpierw przeprowadził mały risercz literatury, którą warto czytać i wywnioskował, że wypożyczy sobie książkę jakąś wybitną i znamienitą, najlepiej taką, która w pewnym mikrosensie zmieniła bieg dziejów (lokalnie rzecz biorąc).

J- doczytał więc w internecie, że takie właśnie znamienite książki (breathtaking i astonishing) pisze Joyce Carol Oates. Że pisze ponoć o amerykańskich suburbiach, że źle się tam dzieje i że jest zakłamanie, że jest korupcja amerykańskiego mitu i że jest komercjalizacja moralności. Pal sześć to całe drugie dno, ale ważne, że o suburbiach - być może Joyce Carol Oates posłuży jako miły surogat trzeciego sezonu Desperate Housewives, którego J- nie może się już doczekać.

Jak też był J- postanowił, tak zrobił: zaszedł przed kilkoma tygodniami do biblioteki literatury, znalazł półkę z powieściami o suburbiach i wyciągnął tę o najwygodniejszym formacie, z nawiększą czcionką, najwęższą szpaltą i najładnieszą okładką. W ten to sposób J- wypożyczył se trzysta stron bitej literatury pięknej - ,,Expensive People'' się nazywała.

Dziś Pyszczek skończył ją, tę lietarturę, czytać - po czterech tygodniach. I co?
Wypadałoby teraz jakoś to wszystko spłentować - że J- żałuje, że tak długo wzdaragał się na myśl o beletrystyce, że ,,Expensive People'' zmieniła bieg J-Pyszczka życia, że od treraz będzie już tylko książki Joyce Carol Oates czytał...

Nic z tych rzeczy. J-Pyszczek utwierdził się w przekonaniu, że książki fabularne z ambicjami są do kitu i nudne, i że lepiej w ramach uduchawiania się oglądać jednak zwiastuny filmów na YouTubie.
,,Expensive People'' było wprawdzie, tak jak zapowiadali na internecie, o suburbiach i o amerykańskich żonach domowych, ale żeby to jakieś ręce i nogi miało, to J- Pyszczek nie powie. Jest tam jeden główny bohater, nazywa się Rysiek (nomen omen) i ma jedenaście lat i jego matka jest Ukrainką, ale mówi, że rosyjską emigrantką, a ojciec robi w jakiejś fabryce kabli, też na suburbiach (jak Fabryka Kabli w Załomiu) i generalnie dobrze im się wiedzie, w ciagu trzystu stron sprzedają 3 domy i tyleż samo nowych kupują. Koniec końców Rysiek zabija matkę i nikt w to nie wierzy. Tyle.

Może i ta cała literatura ma jakiś tam swój urok, na przykład jak się ją czyta w majowym słońcu pod kwitnącą gruszą albo w sierpniowy skwar pod pożółkłą katalpą. Ale jest grudzień i człowiek - Pyszczek - oczekiwałby, że odpowie mu ta literatura na jakieś uniwersalne pytanie o sens. Na przykład: skąd oni ci Amerykanie mają tyle kasy, żeby tak se móc te domy kupować? Albo: jak oni to robią, że przy ojcu utrzymującym całą rodzinę i bezrobotnej matce stać ich na murzynkę do sprzątania? Albo: w jakim celu jedenastoletni chłopcy zabijają swoich krewnych i skąd biorą broń?

Nic z tych rzeczy. Joyce Carol Oates nie odpowiada na żadne z tych uniwersalnych pytań o sens, w związku z czym J-Pyszczek wywnioskował (przez abdukcję), że czytanie beletrstyki nie ma sensu, tym bardziej, że nie sprawi, że J-owi schudnie pupa. I daltego J-Pyszczek woli być prymitywem - i to jakim! Wszak z wyboru...

piątek, grudnia 08, 2006

O mózgach w agorze i że studia są studyjne

J-Pyszczka ostatnio skłoniło do refleksji. I to tak skłoniło, że aż wymyślił Gedankenexperiment w stylu mózgów w naczyniu, a mianowicie - mózgi w agorze.

Wyobraźmy sobie bowiem - pisałby J-Pyszczek, gdyby był Hilarym Putnamem, ale nie jest, - że jesteśmy li tylko mózgami w naczyniach podłączonych do gazety.pl. Wszelkie nasze doznania zmysłowe nie odnosza się więc do świata rzeczywistego, lecz do świata, który wytwarza portal agory. Sądzimy, że widzimy graby i wiązy, ale tak naprawdę, to Michnik pobudza nasze zmysły tak, abyśmy graby i wiązy widzieli. Sądzimy, że rysujemy portret Churchilla, ale tak naprawdę nasz rysunek nie przedstawia Churchilla - tylko obraz Churchilla widziany oczyma Michnika. Wiadomo, w każdym razie, o co chodzi - chodzi o pewną wersję sceptycyzmu.

J-Pyszczka naszła ta wizja w kontekście głębszych przemyśliwań o tym, że lektura gazety.pl stanowi znacznie zbyt znaczne źródło pyszczkowej wiedzy o świecie. Bezpośrednie - bo gazeta.pl zaczyna i kończy każdy dzień Pyszczków. Pośrednie - bo z gazety.pl pochodzą niusy w niemal każdym serwisie informacyjnym, jaki udostępnia Pyszczkom sieć web. Gazetę.pl czytają ewidentnie na przykład w Teleexpressie, który Pyszczki namiętnie oglądają online do obiadu. Nius o stole dla nosorożców w ZOO na Pradze wieńczył wydanie Telexpressu dzień po tym, jak wrzucono go na gazetę.pl.

Nie trzeba wspominać, że gazeta.pl rządzi też doborem materiałów do całej reszty serwisów w tefał. Pyszczki, prócz Teleexpressu ogladają też czasem online Wiadomości - bo tam co najmniej raz w tygodniu pokazują Wildsteina, jak opowiada o tym, że Wiadomościom skacze w rankingu percepcji obiektywności. Ale niusy z Wiadomości to też gazeta, jak się patrzy, z Anetą K. i spermą posła Łyżwińskiego na czele (fuj).

Ale i tak emanację gazetowej Jedni informacyjnej przebija emanacja jej dennego, ostatnimi czasy, stylu polszczyzny. Być może gazecie.pl skończyła się licencja na spellcheckera, być może skończyła się jej licencja na słownik polskiego - ale nic nie usprawiedliwia kwiatka, jakim jest Grupa Studyjna ds. Iraku. Dobrze, że nie kameralna. Albo lepiej - halowa.

Chodzi oczywiście o Iraq Study Group, której nazwę normalny użytkownik polszczyzny przetłumaczyłby jako "Grupa Studiów Irackich". Ale gazeta.pl idzie w zaparte: grupa studiuje, więc jest studyjna.
Pyszczki też są, poniekąd, studyjne. Gorsza sprawa, że mózgiem w agorze jest też mózg Macieja Orłosia, który za gazetą powtarza: grupa studyjna do spraw iraku.

I teraz, uwaga, będzie pointa: czy jeśli jesteśmy mózgami w agorze, to możemy w ogóle pomyśleć, że nimi nie jesteśmy?