Do J-Pyszczkowej kolekcji pedeefów dołączył wczoraj dokument niebagatelny - Karta Kieszeniowa ,,Jacket'', kryjąca całe tajemnice posługi nieschodzącego z ostatnio z ust tłuszczy biskupa Wielgusa. W ogóle, gwoli jasności, od dobrych kilku dni każdy może sobie ściągnać na swój twardy dysk teczkę, tfu, kartę kieszeniową Wielgusa i poczytać o fantastycznych przygodach Greya na tropach Szerszeni.
J-Pyszczek ściągnął sobie i, przy akompaniamencie R-Pyszczkowego pukania się w czoło, przeczytał. Lektura to długa (aż 69 stron), choć niewymagająca i fascynująca zarazem. R- nie rozumiał, jak można w ogóle tracić czas na przeglądanie takich dokumentów. ,,O ileż ciekawiej pouzupełniać strony na nowym portalu studentów filozofii UW'' - zdawały się twierdzić jego czyny.
Ale dziś R- zgodził się spędzić chwikę przed laptopem J-Pyszczka i poanalizować treść słynnej karty kieszeniowej. I co się okazało?
Otóż przede wszystkim, Pyszczki się grubo zawiodły. Jeżeli w ogóle Pyszczki dorobią się kiedyś swoich teczek, to będą to zapewne pliki xml generowane przez roboty googla. I na pewno będą miały więcej treściwych informacji, niż karta kieszeniowa z mozołem wypełniana przez wszystkich tych pułkowników Mazurków, Mroczków i Siekielewskich. Pyszczki doszły bowiem do wniosku, że teczka Wielgusa jest strasznie beztreściowa. Kiedyś, jak IPN dopiero powoływano do życia, Pyszczki sądziły, że w teczkach są przede wszystkim raporty i notatki przygotowywane przez samych TW albo OZI. Że można się dowiedzieć, kto co o kim mówił, kto kogo podgryzał, kto na kogo knuł.
Z karty kieszeniowej ,,Jacket'' numer 7207 niczego takiego Pyszczki się nie dowiedziały. Nie dowiedziały się nawet, o czym, dokładnie, Grey chciał pisać habilitację. Nie dowiedziały się, dlaczego operacja wprowadzenia Greya do obiektu Szerszenie nie powiodła się. Nie dowiedziały się, ile razy Grey, stojąc pod Cafe Glockenspiel w Salzburgu, pytał:
,,Czy nie był pan miesiąc temu na wycieczce w Rzymie?'', a niepozorny przechodzień w beżowym trenczu odpowiadał mu:
,,Nie, wybieram się do Wiecznego Miasta dopiero w przyszłym roku''.
Nie dowiedziały się również, z jakimiż to kobietami utrzymywał Grey intymne stosunki przy zachowaniu pełnej dyskrecji, ani dlaczego nie nosił sutanny. Nie dowiedziały się, skąd ubecja wiedziała, że jego informacje są prawdziwe.
Dowiedziały sie Pyszczki natomiast, jakie kombinacje operacyjne przewidywali Mazurek i Siekielewski, żeby skompromitować ks. Śliwańskiego (s. 32 pedeefa) i wyrobiły sobie jako taki obraz tego, jak to w epoce sprzed googla, działało zbieranie danych.
I jakkolwiek Pyszczki nie ferują wyroków etycznych (bo to nie ich broszka), to śmierdzi im nieco fakt, że lustruje się TW i OZI, a nie sądzi się takich Mazurków, Mroczków i Siekielskich. Że mówi się, że ,,Jacket'' Wielgusa na pewno nie jest sfałszowany, jednoczesnie nie mając żadnych dowodów na to, ile procent zawartości ,,Jacketa'' to rzeczywiście fakty, a ile - bujda na resorach.
W każdym razie, J- już wyobraził sobie, jaki biznes można by zrobić na teczkach. Na pewno świetnie sprzedawałyby się lekkie kryminały o hierarchach kościoła wydawane w serii ,,jackety'', a kazdy student dałby się poćwiartować za segregator z napisem ,,karta kieszeniowa jacket''. O ile więc te całe teczki mają w sobie jakiś potencjał, to jest to chyba tylko potencjał mocnej, rozpoznawalnej marki. Może to nawet Pyszczki zgłoszą do inkubatorów przedsiębiorczości, jak wrócą...
poniedziałek, stycznia 08, 2007
O teczkach, tfu, kartach kieszeniowych
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
13:28
1 comments
Labels: literatura przepiękna, polityka, wielgus
niedziela, grudnia 31, 2006
O Flamandzkim Romanie i że Belgia nie jest wcale taka inna, choć też nie aż taka sama
W Brabancji Flamandzkiej od tygodnia szaleją święta podchoinkowo-noworoczne - i wyglądają zupełnie inaczej, niż to, do czego przywykły Pyszczki w Polsce.
Pierwsze primo, robienie przedświątecznych zakupów to była istna przyjemność: sklepy wyjątkowo dobrze zaopatrzone w belgijskie pyszności,a przed kasami wyjątkowo króciutkie kolejki, bo cała leuveńska studenteria uciekła do domów.
Drugie primo, miasteczko niemal zamarło, ludzi zrobiło sie o połowę mniej (w końcu 30 tysięcy studentów to połowa wszystkich mieszkańców), jedynie tu i ówdzie przez parterowe okna jednorodzinnych kamienic (60% Belgów ponoć zamieszkuje własny jednorodzinny budynek) widać świętujące przed choinkami flamandzkie rodziny wieopokoleniowe.
Trzecie primo, z okazji świąt, odwołano w kościołach mszę popołudniową (jedyną w tygodniu) - co jest dla Pyszczków niesamowicie egzotycznym zjawiskiem. Ale chociaż szopkę w kościele wystawili.
I wydawać by się mogło, na przykładzie leuveńskiego folkloru świątecznego, że ta cała Belgia jest strasznie inna i dziwna i że nasz polofolklor od eurofolkloru dzieli kulturowa przepaść. Ale nie - J-Pyszczek, korzystając z wolnego czasu wakacji świątecznych odkrył, że Belgia jest bardzo podobna do Polski, co więcej - ma nawet swojego Romana!
Motywacja odkrycia J-Pyszczka była czysto epistemiczna. J- chciał się mianowicie podszkolić z niderlandzkiego (jaa, J-Pyszczek heeft nederlands gestudeerd en ze wil meer weten!). W związku z czym zainteresował się prawicą flamandzką. Znalazł na YouTubie spot wyborczy partii Vlaams Belang (w wolnym tlumaczeniu: Flamandzki Interes) i postanowił go sobie, w miarę możliwosci przetłumaczyć.
I cóż się okazało? Okazało się mianowicie, że gdyby tylko w Polsce byli muzułmańscy emigranci w większych ilościach, a Niemcy tworzyliby dużą mniejszość na południu kraju, to z dużym prawdopodobieństwem PiS lub Liga kręciłyby bardzo podobne spoty. Oto i spot:
Flamandzki Interes rozpoczyna oczywiście od epatowania poczuciem zagrożenia - w pierwszej klatce hasło 'veiligheid - bezpieczeństwo' i cytat z Guya Verhofstadta (premiera tutejszego), który kłamie bezczelnie, że przestępczość spada - a przecież nie spada, nagłówki gazet (o zabójstwie za mp3plajera i o Marcu Dutroux) mówią swoje. Flamandzki interes weźmie się za przestępców! Następny napis: 'vreemdelingen - obcokrajowcy'i komentarz, że z liberalnymi demokratami zawsze będzie za dużo obcych we Flamandii. Następne ujęcia pokazują allahowi ducha winnych Muzułmanów, ktorzy łażą, nie wiadomo po co, terroryzm sieją, jeszcze komuś krzywdę zrobią. W szczególności Muzułmanka z wózkiem wygląda na niebezpieczną. Nie wiadomo co w tym wózku wiezie.
I potem wchodzi prawdziwy Belgijski Roman! 
Belgijski Roman to główna twarz Flamandzkiego Interesu, Filip Dewinter. Wygląda prawie jak nasz polski.
J- nie wie dokładnie, co Filip mówi (bo ze słuchu to jeszcze nie jest za bardzo lux), ale ważne jest to, co dzieje się w spocie dalej. Porusza się mianowicie kwestię podatków ('belastingen'). Chodzi o to, że Flamandzi strasznie się generalnie wkurzają, że płacą wysokie podatki, a korzystają z nich beznadziejni, leniwi, niedouczeni Waloni z południa. Co gorsza, jak pokazuje nagłówek w gazecie: aż półtora milona Belgów żyje na granicy ubóstwa ('1,500 000 Belgen op rand van armoede!') - procentowo to nawet chyba gorzej niż w Polsce! Choć przyznać trzeba, że zupełnie tych 15% procent ubogich tu nie widać...
Dalej spot robi się strasznie PiSowaty: 'eerlijke politiek - uczciwa polityka' i walka z kordonem sanitarnym, którym otoczyli Flamandzki Interes purpurowi w parlamencie (to znaczy, że nikt z nimi nie gada), walka o demokrację (jak wiadomo, Walonia nie jest demokratyczna, a Flamandia pod rządami Verhofstadta to bananowa republika), walka z korupcją i dalej, w ten deseń. Całkiem często pojawia się słowo 'recht' - gdyby nie to, że po niderlandzku, J- skłonny byłby sądzić, że ma deja vu.
Wrażenia dopełnia zresztą nagłówek z gazety: 'acht agenten laten erdal lopen'. Aż ośmiu agentów mają w tej Belgii!
W każdym razie, im bardziej J- ogląda spoty wyborcze Flamandzkiego Interesu, tym bardziej niepewnie się czuje wychodząc po zmierzchu z norki. Co gorsza, lektura książki, którą R- dostał pod choinkę (Belgian adventures) niepewność J-Pyszczka potęguje - sexafera w Samoobronie to pryszcz na lędźwiach Anety K. w porównaniu z siatką pedofilską wokół Marca Dutroux, a nepotyzm w naszym jednym rządzie i jednym sejmie to pikuś w porównaniu z nepotyzmem w trzech belgisjkich rządach i sześciu parlamentach.
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
07:49
6
comments
środa, grudnia 20, 2006
O pięknej literaturze i że lepiej być prymitywkiem
Już od pewnego czasu J-Pyszczek zdaje sobie sprawę, że daleko mu do jakichś tam akademików i yntelektualystów, bo tak naprawdę, to jest strasznym prymitywem.
J-Pyszczek szczyci sie bowiem tym, że od czterech lat nie czyta pięknej literatury (w przeciweństwie do Siostry J-Pyszczka i jej szwagra, czyli R-a). To znaczy czyta trochę takich tam powieści, ale nic z wyższej półki, na przykład jedną książkę o zbuntowanym prawniku Johna Grishama (''Street Lawyer'', strasznie tendencyjny) i jedną współczesną prozę młodą polską, Piotra Czerskiego broszurkę o tym, jak umiera papież. Kupił sobie też J- latem ,,Szminkę w Wielkim Mieście'' pomysłodawczyni serialu ''Sluts and The City'', ale nie dał rady przebrnąć przez ową, bo zaczął gubić się w bohaterkach (wszystkie były takie same). Podobnież, kiedy R- kupił J-owi ''Sprawiediwość owiec'' i chlusnął ją jednym tchem w pociągu, to J-, jak zaczął czytać, to po dwudziestu stronach zaczął się gubić w bohaterach (tym razem jeszcze bardziej takich samych, wszak książka była o owcach) i też odłożył.
Dlatego J- generalnie książek z historyjką nie czyta - w wersji oficjalnej, dlatego, że wyraża postmodernistyczny bunt przeciw wielkim narracjom, a w wersji dla krewnych i znajomych - datego, że jest małym puchatym prymitywkiem i woli oglądać zajawki desperate housewives na youTubie.
Ale ostatnio w życiu J-Pyszczka wydarzył się pewien przełom - J- przypomniał sobie mianowicie, jak to młodym pyszczęciem będąc, nosząc rozmiar 34 pupy i 40 tułowia, chadzał na indywidualny program z polskiego, krytykował nadprodukcję beletrystyczną Manueli Gretkowskiej i zachwycał się ,,Wyspą Hobsona''.
,,To były czasy...'' - myślał J-Pyszczek, a jego nostalgię dopingował R-:
,,No..., kiedyś to ty byłaś taką fajną intelektualną laską... a teraz... czytałabyś tylko te książki naukowe nudne, czekoladę z Aldiego wcinała i na dzieciuki tylko czekała... ''
Cóż więc J- zrobił? J- wypożyczył sobie książkę. Powieść, w sensie, bo R- dodał jeszcze, że od czytania powieści łatwiej przychodzi pisanie porgramów. J- nie zrobił tego, rzecz jasna , na żywioł. Najpierw przeprowadził mały risercz literatury, którą warto czytać i wywnioskował, że wypożyczy sobie książkę jakąś wybitną i znamienitą, najlepiej taką, która w pewnym mikrosensie zmieniła bieg dziejów (lokalnie rzecz biorąc).
J- doczytał więc w internecie, że takie właśnie znamienite książki (breathtaking i astonishing) pisze Joyce Carol Oates. Że pisze ponoć o amerykańskich suburbiach, że źle się tam dzieje i że jest zakłamanie, że jest korupcja amerykańskiego mitu i że jest komercjalizacja moralności. Pal sześć to całe drugie dno, ale ważne, że o suburbiach - być może Joyce Carol Oates posłuży jako miły surogat trzeciego sezonu Desperate Housewives, którego J- nie może się już doczekać.
Jak też był J- postanowił, tak zrobił: zaszedł przed kilkoma tygodniami do biblioteki literatury, znalazł półkę z powieściami o suburbiach i wyciągnął tę o najwygodniejszym formacie, z nawiększą czcionką, najwęższą szpaltą i najładnieszą okładką. W ten to sposób J- wypożyczył se trzysta stron bitej literatury pięknej - ,,Expensive People'' się nazywała.
Dziś Pyszczek skończył ją, tę lietarturę, czytać - po czterech tygodniach. I co?
Wypadałoby teraz jakoś to wszystko spłentować - że J- żałuje, że tak długo wzdaragał się na myśl o beletrystyce, że ,,Expensive People'' zmieniła bieg J-Pyszczka życia, że od treraz będzie już tylko książki Joyce Carol Oates czytał...
Nic z tych rzeczy. J-Pyszczek utwierdził się w przekonaniu, że książki fabularne z ambicjami są do kitu i nudne, i że lepiej w ramach uduchawiania się oglądać jednak zwiastuny filmów na YouTubie.
,,Expensive People'' było wprawdzie, tak jak zapowiadali na internecie, o suburbiach i o amerykańskich żonach domowych, ale żeby to jakieś ręce i nogi miało, to J- Pyszczek nie powie. Jest tam jeden główny bohater, nazywa się Rysiek (nomen omen) i ma jedenaście lat i jego matka jest Ukrainką, ale mówi, że rosyjską emigrantką, a ojciec robi w jakiejś fabryce kabli, też na suburbiach (jak Fabryka Kabli w Załomiu) i generalnie dobrze im się wiedzie, w ciagu trzystu stron sprzedają 3 domy i tyleż samo nowych kupują. Koniec końców Rysiek zabija matkę i nikt w to nie wierzy. Tyle.
Może i ta cała literatura ma jakiś tam swój urok, na przykład jak się ją czyta w majowym słońcu pod kwitnącą gruszą albo w sierpniowy skwar pod pożółkłą katalpą. Ale jest grudzień i człowiek - Pyszczek - oczekiwałby, że odpowie mu ta literatura na jakieś uniwersalne pytanie o sens. Na przykład: skąd oni ci Amerykanie mają tyle kasy, żeby tak se móc te domy kupować? Albo: jak oni to robią, że przy ojcu utrzymującym całą rodzinę i bezrobotnej matce stać ich na murzynkę do sprzątania? Albo: w jakim celu jedenastoletni chłopcy zabijają swoich krewnych i skąd biorą broń?
Nic z tych rzeczy. Joyce Carol Oates nie odpowiada na żadne z tych uniwersalnych pytań o sens, w związku z czym J-Pyszczek wywnioskował (przez abdukcję), że czytanie beletrstyki nie ma sensu, tym bardziej, że nie sprawi, że J-owi schudnie pupa. I daltego J-Pyszczek woli być prymitywem - i to jakim! Wszak z wyboru...
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
00:23
3
comments
Labels: literatura przepiękna
piątek, grudnia 08, 2006
O mózgach w agorze i że studia są studyjne
J-Pyszczka ostatnio skłoniło do refleksji. I to tak skłoniło, że aż wymyślił Gedankenexperiment w stylu mózgów w naczyniu, a mianowicie - mózgi w agorze.
Wyobraźmy sobie bowiem - pisałby J-Pyszczek, gdyby był Hilarym Putnamem, ale nie jest, - że jesteśmy li tylko mózgami w naczyniach podłączonych do gazety.pl. Wszelkie nasze doznania zmysłowe nie odnosza się więc do świata rzeczywistego, lecz do świata, który wytwarza portal agory. Sądzimy, że widzimy graby i wiązy, ale tak naprawdę, to Michnik pobudza nasze zmysły tak, abyśmy graby i wiązy widzieli. Sądzimy, że rysujemy portret Churchilla, ale tak naprawdę nasz rysunek nie przedstawia Churchilla - tylko obraz Churchilla widziany oczyma Michnika. Wiadomo, w każdym razie, o co chodzi - chodzi o pewną wersję sceptycyzmu.
J-Pyszczka naszła ta wizja w kontekście głębszych przemyśliwań o tym, że lektura gazety.pl stanowi znacznie zbyt znaczne źródło pyszczkowej wiedzy o świecie. Bezpośrednie - bo gazeta.pl zaczyna i kończy każdy dzień Pyszczków. Pośrednie - bo z gazety.pl pochodzą niusy w niemal każdym serwisie informacyjnym, jaki udostępnia Pyszczkom sieć web. Gazetę.pl czytają ewidentnie na przykład w Teleexpressie, który Pyszczki namiętnie oglądają online do obiadu. Nius o stole dla nosorożców w ZOO na Pradze wieńczył wydanie Telexpressu dzień po tym, jak wrzucono go na gazetę.pl.
Nie trzeba wspominać, że gazeta.pl rządzi też doborem materiałów do całej reszty serwisów w tefał. Pyszczki, prócz Teleexpressu ogladają też czasem online Wiadomości - bo tam co najmniej raz w tygodniu pokazują Wildsteina, jak opowiada o tym, że Wiadomościom skacze w rankingu percepcji obiektywności. Ale niusy z Wiadomości to też gazeta, jak się patrzy, z Anetą K. i spermą posła Łyżwińskiego na czele (fuj).
Ale i tak emanację gazetowej Jedni informacyjnej przebija emanacja jej dennego, ostatnimi czasy, stylu polszczyzny. Być może gazecie.pl skończyła się licencja na spellcheckera, być może skończyła się jej licencja na słownik polskiego - ale nic nie usprawiedliwia kwiatka, jakim jest Grupa Studyjna ds. Iraku. Dobrze, że nie kameralna. Albo lepiej - halowa.
Chodzi oczywiście o Iraq Study Group, której nazwę normalny użytkownik polszczyzny przetłumaczyłby jako "Grupa Studiów Irackich". Ale gazeta.pl idzie w zaparte: grupa studiuje, więc jest studyjna.
Pyszczki też są, poniekąd, studyjne. Gorsza sprawa, że mózgiem w agorze jest też mózg Macieja Orłosia, który za gazetą powtarza: grupa studyjna do spraw iraku.
I teraz, uwaga, będzie pointa: czy jeśli jesteśmy mózgami w agorze, to możemy w ogóle pomyśleć, że nimi nie jesteśmy?
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
20:59
5
comments
Labels: agora, media, polszczyzna
czwartek, listopada 23, 2006
O pogodzie w Belgii, o tym, jak się tu uczy logiki i referacie R-Pyszczka
Od dobrych kilku tygodni w Leuven leje. Wprawdzie z przerwami na słoneczne jesienne wikendy, ale dla Pyszczków taaaaka ilość opadu i taka ilość słońca to jest zdecydowany skandal. A żeby nie było, że J- ściemnia: proszę, prognoza pogody ściągnięta z holenderskiego serwisu pogodowego, niebieskie znaczy, że leje:
Można się tylko pocieszać, że w Norwegii, Grecji, Danii, UK, Francji i Finlandii nie jest wcale lepiej.
Co Pyszczki robią, jak leje? Otóż Pyszczki nakładają swoje lukśne peleryny rowerowe (ukłony w stronę Mamy J-Pyszczka) i zapierniczają na zajęcia, po czym migiem wracają do norki, żeby się nie przeziębić (bo J wciąż nie dostał od Wielkiego Człowieka karty ubezpieczenia, w związku z czym musi uważać na zdrowie - bo leczenie kosztuje) i przetrzymać przejściowy okres klimatyczny na sucho. Problem w tym, że w jednym media nie kłamią - klimat belgijski to jest permanentny przednówek - leje i zimno, i ciemno i nieszczęśliwość i przetrzymywać trzeba będzie długo.
Ale nie ma tego mokrego, co by na suche nie wyszło (tak, tak, zalatuje rozmnażaniem...) i Pyszczki przetrzymują płodnie, rozmnażając swoje talenta intelektualne. Na przykład Pyszczki uczą się prologować. R- to już wsiąkł w prologowanie na dobre, wczoraj zapytany o to, czy kocha bardziej Lispa czy Prologa, odpowiedział, że Prologa!!! J- też się wziął w tak zwaną garść i też prologuje, chociaż ze zdecydowanie mniejszą pasją.
Poza tym Pyszczki też postanowiły powdrażac Belgów w polski sposób uczenia logiki. Bo chodzi o co - Pyszczkom się do tej pory wydawało, że nie idzie nauczyć podstawowej logiki inaczej, jak przy pomocy Borkowskiego, czy choćby poczciwej Stanoszowej. To znaczy, że trzeba przerobić podręcznik, porobić ćwiczenia, poudowadniać twierdzenia i poświęcić temu trochę czasu, no na pewno jakieś 15 godzin kursu. Okazuje się jednak, że w Belgii uczenie logiki wygląda ździebko inaczej.
W poniedziałek bowiem na ćwiczeniach z Fundamentali Sztucznej Inteligencji zaczął się nowy temat - logika. Jest to temat ostatni, zamykający cały kurs i przeznaczony tylko dla tych najbardziej ambitnych z opcji inżynieria i kompjuter sajens. Robby - pan od fundamentali - rozdał na wejściu studentom ćwiczenia, z których pierwsze polegało na tym, żeby przetłumaczyć proste zdania po angielsku na formuły First Order Logic. Po naszemu, krótko mówiąc - pierwsze zajęcia na pierwszym roku z Anią Wójtowicz. Jedyny problem polegał na tym, że większość Chińćzyków, Węgrów i Niemców, zapercypowawszy treść zadania, przybrała wyraz twarzy typu: łot, de fak, is ferst order lodżik? Robby - pan od fundamentali - powszechny wyraz twarzy również zapercypował (czysty przykład davidsonowskiej triangulacji) i postanowił przeprowadzić krótki kurs pod hasłem 'logika w pigułce'.
A kurs wyglądał tak, że Robby powiedział: 'Ferst order lodżik? Ju dont noł łot ferst order lodżik is? Soł, ferst order lodżik is: formjulas, warajabels, konstants, kłantifajers and konektifs of propoziszynal kalkjulus. Iz yt kliir?'
W taki oto sposób Chińczycy, Węgrzy i Niemcy zostali nauczeni logiki - Pyszczki aż dziw bierze, że w IF UW poświęca się na to aż 120 godzin rocznie. Skoro można tak króciutko.
Pyszczki zaczęły też niedawno chodzić na zajęcia pod tytułem 'Logic as Foundations of AI', na które, gwoli jasności, oprócz nich chodzi jeden Niemiec i jeden Hindus (Pyszczki mają szczęście do Hindusów) i Gerda, która je prowadzi. I wszyscy na tych zajęciach, oprócz Pyszczków, rzecz jasna, są przyzwyczajeni do belgijskiej metodyki nauczania logiki, która tym się różni od metodyki polskiej, że w Polsce się pisze na tablicy, a tutaj się wyświetla. To znaczy, po prostu, że jak się tu robi referat, to się puszcza na ekranie slajdy.
R-Pyszczek natomiast miał wczoraj właśnie na tych owych zajęciach referat. O rezolucji, czyli w zasadzie o tym, jak działa Prolog. I R- zrobil coś strasznie barbarzyńskiego - primo, nie przygotowal slajdów i secundo, zapisał znaczkami prawdziwymi cztery tablice i udowodnił mnóstwo różnych rzeczy. Cały referat wydawał się, przynamniej J-Pyszczkowi, bardzo przyjemny, epistemicznie wartościowy, solidny, wręcz napawający J-a dumą, że ma kumatego chłopa. Problemem jedynym było ostatnie pytanie posatwione przez słuchacza z Niemiec - mianowicie: 'what is existential quantifier?'
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
17:00
3
comments
Labels: belgia
środa, listopada 01, 2006
O przededniu długiego wikendu i gdzie w Leuven mieszka nauka
Okazało się niedawno, wbrew pozorom, które sprawiają pozamykane na cztery spusty belgijskie kościoły, że Belgia jest jednak krajem przyzwoicie katolickim i jak na kraj przyzwoicie katolicki przystało, nieobca jest jej instytucja długiego wikendu. Zbliża się bowiem pierwszy listopada, tu i ówdzie znany pod nazwą święta zmarłych, w związku z czym należy obywtelom zrobić wolne. Co więcej, tuż po pierwszym listopada następuje drugi listopada, czyli poprawiny święta zmarłych, i za to też się wolne należy. A że oba dni wypadają we środę i czwartek, to nie pozostaje bardziej przyzwoite wyjście, jak uczynić dniem wolnym również piątek.
I nie bez kozery - jak zwykła mawiać Asia Osińska z Kroniki - wtorek dzisiejszy zasługuje na miano przedednia długiego wikendu. Przedednie, jak bowiem wiadomo, dostarczają nam na ogół mocnych bodźców będących źródłem zapadających na długo w pamięć wrażeń (o tak, tej frazy Kronika Szczecińska by się nie powstydziła). A dziś w Leuven wydarzyło się niebyleco. Otóż dzisiaj, w godzinach wieczornych, ulicami starej, pustoszejącej w wikendy studenckiej mieściny przeszła demonstracja. I to taka, że Węgrzy ze swoimi rebeliami antygyurcsanyowskimi mogą się po prostu schować.
Ale po kolei. Pyszczki zapragnęły wieczorem pójść pominglować się z tutejszymi gikami i pograć w go w specjalnie do tego celu przystosowanej knajpce. Knajpka jest blisko norki, a najkrótsza droga prowadzi przez centralną ruchliwą Namsestraat. I Pyszczki sobie Namsestraat postanowiły do knajpki podążyć. Toteż drepczą i drepczą, gawędząc sobie o tym i owym, o sprzątaniu (że należy), o Belgach (że są dziwni), o pogodzie (że się psuje), o tym, czyja to wina i o tym, że obwiniać się nie należy. Nagle zaś, ni stąd, ni zowąd, natrafiają na kordon wozów opanczerzonych z napisem 'politie'.
Widok to w Leuven niepowszedni, więc Pyszczki zaczynają zastanawiać się, co też takiego ma zamiar się wydarzyć, że leuveńczycy tyle policji w jednym miejscu gromadzą. Wprawdzie już wcześniej, po południu, Pyszczki podejrzewały, że coś wisi w powietrzu, bo przez kilka godzin nad ich dachem (z plexiglasu, notabene) brumbrał natarczywie helikopter. Ale wtedy Pyszczki myślały, że to z okazji akcji znicz. Jednak kilkanaście klasycznych pancernych suk, niemal setka rasowych belgisjkich psów w hełmach, kagańcach i z tarczami, uzbrojonych w ebonitowe pały i obutych w nieprzemakalne kozaki to było definitywnie coś więcej niż symptom wzmożonej, z okazji wikendu, aktywności drogówki. Przystanęły więc Pyszczki popatrzeć, z nadzieją, że może zobaczą prawdziwych belgijskich kiboli, albo lepiej - szalikową polonię studentów i gastarbeiterów trenującą napierdalanie obcych przed meczem Polska-Belgia, co to ma już niebawem się odbyć w Brukseli. Stały więc Pyszczki i stały, ale kiboli ani widu ani słychu.
Wtem Pyszczki usłyszały nieśmiałe dźwięki bębnów i dojrzały powiewające w oddali strzępy rachitycznych żółtych sztandarzyków z czarnymi lewkami. Wszystko rzecz jasna w akompaniamencie brumbrania coraz gromadniej nadjeżdżających suk pancernych i coraz gromadniej nadchodzących kordonów piechoty policyjnej. Wychyliły więc Pyszczki zza kordonów nosy i co się okazało? Otóż nie więcej jak setka narodowej prawicy flamandzkiej postanowiła zamanifestować w Leuven swoje poglądy. Niepozorne takie, ledwo ogolone, niedokamione skinki (bo skinhedami to w obliczu naszej wszechpolackiej tradycji nazwać ich nie przystoi) szły sobie i waliły w swoje małe bębenki, całkowicie bezsilne wobec wszechpanującej eurodemokracji socjalhomoseksualistów i ekofeministów rozmaitej maści, rasy i genderu.
Pyszczkom zrobiło się w tym momencie autentycznie tutejszej prawicy i nacjonalistów żal. Nie żeby Pyszczki się utożsamiały z postulatami Flamandii dla Flamandów i Leuven dla Leuveńczyków (bo z przyczyn logiczno-pragmatycznych utożsamiać się nie mogą), ale żeby policja musiała skinów chronić przed anarchistami i socjalistami, to już jest skandal obyczajowy w Pyszczkach żal wzmagający. Bo jak się potem w wywiadzie z tuziemcem okazało, ilekroć prawica chce wyjść na ulicę coś zamanifestować, musi wystepować we wzmożonej ochronie policji, bo w przeciwnym razie schodzą się lewacy i napierdalają w prawicę brukiem (a bruku ci w Leuven po dostatkiem).
A propos bruku. I cegieł. Pyszczki były niedawno, jak jeszcze było powietrze wyżowe (teraz jest już niżowe i leje) na spacerze w Groot Begijnhof - mikromiasteczku w Leuven, założonym w XIII wieku przez wdowy po uczestnikach wypraw krzyżowych. Begijnhofów jest w Belgii od groma, generalnie zachowane w świetnym stanie i wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco. I teraz pytanie za sto punktów: co jest warszawskim odpowiednikiem, pod względem funkcji rzecz jasna, Groot Begijnhofu?
Prawidłowa odpowiedź: warszawskim odpowiednikiem tego powalającego na kolana miejsca w Leuven jest kampus na Smyczkowej (tak, tam, gdzie mieszka Pryncypał), względnie obiekt hotelowy Hera. Tak, właśnie w takich warunkach mają okazję pomieszkać sobie studenci programów master i phd oraz pracownicy leuveńskiego uniwersytetu. I żeby było na czasie i w duchu wyborczej: aż chce się żyć i emigrować!
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
01:28
8
comments
Labels: belgia
niedziela, października 22, 2006
O białku zwierzęcym w Belgii
Dzisiaj J-Pyszczek zdał sobie sprawę, że jednej rzeczy tak naprawdę w tej Belgii mu brakuje, brakowało i brakować będzie - świni. Pyszczkom tęskno bowiem za tak zwanym prawdziwym mięsem, J-owi za schaboszczaczkiem w złocistej panierce albo sznycelkiem, takim jak robi Cioteczka Ziutka, a R-owi za ozorkami w sosie chrzanowym. Problem w tym, że Pyszczków to będzie może tutaj na świeżą, surową świnię stać, jak skończą studia i zaczną nieźle zarabiać na programowaniu w prologu. Póki co, Pyszczki muszą się zadowolić surogatami mięsa prawdziwego, czyli białkiem zwierzęcym poniżej 20 euro za kilogram (czyli tylu, ile stoi w Belgii kilo wieprza). Nie jest jednak aż tak źle, jak mogłoby się wydawać i Pyszczki mięso jedzą. Zasmakowały bowiem w koniu, krewetkach i małżach.
Koń występuje w Belgii na ogół w postaci steków, pasztetu i salami. Na ogół firmowany znamienitymi markami ,,z jedynką'' (dostępną także w Polsce) i ,,Super GB''. Smakuje jak krowa, tylko bardziej łykowato. Kosztuje najmniej pośród mięs zwierząt ssąco-chodzących - surowy 12 euro za kilo, - bo jak wiadomo, koń całe życie sam pracuje na siebie.
Drugie najtańsze białko zwierzęce to krewetki z Tajlandii w postaci świeżej (jak oni to robią?). 6 euro za kilogram, czyli w cenie polędwicy w Polsce - można wcinać tonami. Krewetki z Morza Północnego, takie większe, szaro-różowe i nigdy niemrożone, bo bliżej hodowane, kosztują niestety więcej, niż świnia. Dlatego Pyszczki robią rizotto na tajskich - jak się obficie podleje winem (3 euro za butlę), to i tak konserwantów nie czuć.
Trzecie natomiast białko najtańsze, w którym R-Pyszczek jest - z racji włoskich korzeni - zabujany na śmierć i życie to małże z Morza Północnego. Kupowane na świeżo, zalane wodą morską, kosztują od 3 do 7 euro za kilo i dlatego Pyszczki wreszcie stać. J- nie jest małżowym fanem - być może dlatego, że samice pyszczków nie gustują aż do tego stopnia w żyjątkach schowanych w muszelkach, co samce.
Dzisiaj właśnie Pyszczki przyrządziły sobie małże a la marinara, już po raz drugi w Belgii. Małże robi się tak: kupuje się je, potem się je sortuje pod zimną wodą. Algorytm sortowania jest prosty (dlatego J-Pyszczek SAM go napisał):
kolejka zawiera wszystkie małże
while: {kolejka nie jest pusta
i są jeszcze jakieś nieposortowane małże}
do: weź pierwszego z wierzchu małża,
if: małż otwarty
then:
if: pęknięty
then: wyrzuć do śmieci
if: małż był w wodzie i jest otwarty
then: wyrzuć do śmieci.
else: wrzuć do miski z zimną wodą
i sprawdź, czy się zamknie.
else: wrzuć małża do naczynia N.
usuń małże w śmieciach i małże w N z kolejki;
dodaj małże w misce z zimną wodą na koniec kolejki.
if: wszystkie małże na durszlaku
then: przystąp do przyrządzania
else: kupiłeś zbyt tanie małże
i wszystkie są do luftu.Sortowanie małży jest zajęciem typowo samczym (tak samo zresztą jak łowienie ślimaków i dzielenie tuszy). Przyrządzaniem natomiast mogą się już zająć dziewczynki. Trzeba bowiem podrobić czosnek i pietruszkę (w Belgii sprzedają już podrobioną - jest tańsza, niż w pęczku, zapewne dlatego, że do podrobionej można dorzucić trawę, algi i nieskonsumowaną paszę dla królików i nikt się nie pokuma). Czosnek plus pietruszkę trza podsmażyć na łyżce oliwy w dużym garnku o grubym dnie. Potem trzeba dolać białego, suchego wina - tak ze 200 mililitrów na dwa kilo małży powinno starczyć. Kiedy wino zagotuje się, należy dorzucić doń małże z durszlaka. Powinno się teraz garnek przykryć i na bardzo wysokim ogniu/prądzie gotować, potrząsając garnkiem co +-120 sekund, przez około osiem minut. I gotowe. Można wpieprzać, prosto z garnca, maczając w sosie winnym kawałki chleba (tak jak robił Jezus).
I UWAGA: małż, który nie otworzył się, mimo poddania termicznej obróbce, był najpewniej już wcześniej martwy, w związku z czem ma status padliny. Padliny ludzie nie jedzą, ergo małża zamkniętego się wyrzuca. Powinno wyjść coś takiego:
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
00:21
8
comments
Labels: belgia