niedziela, listopada 18, 2007

O sensie życia ukrytym w napalaniu i o tym, jak wyglądają wyjazdy na narty (a propos planowanego wyjazdu)

Rytm życia J-Pyszczka regulują cykle napalania się na różne rzeczy. Okresy napalenia trwają po kilka tygodni a wieńczy je sukces albo znudzenie tematyką. Jeśli napalenie kończy się sukcesem, to Pyszczek przeżywa wypalenie i pustkę egzystencjalną (takie Heglowskie: napalenie - wypalenie), a jeśli znudzeniem, to Pyszczek znajduje sobie kolejny powód do napalania. I tak w kółko, jakoś się ten Pyszczek toczy.

Ostatnie napalenie, na pracę, pieniążki, wszystko-robienie i wszystko-trzaskanie skończyło się J-owi znużeniem, a jego miejsce zajęły wyobrażenia wyjazdu na nartki na Sylwestra. Teraz Pyszczek napala się na śnieg i na Słowację. Przez jego małą J-głowę przelatują kolejne slajdy z dotychczasowych nartek z R-Pyszczkiem, pysznych i niezapomnianych, okraszonych smaczkiem prawdziwej dorobkiewiczowskiej narciarskiej subkultury.

Wszystkim tym, którzy się z Pyszczkami na nartki wybierają (oby się koniec końców wybrali!), J- dedykuje zajawkę tego, jak taki dzień z życia narciarza w Oszczadnicy wygląda.

Wstaje się o siódmej rano, z entuzjazmem i z radością na perspektywę zjeżdżania po świeżo-wyratrakowanych stokach. Pyszczki w ogóle to wstają z radością tylko jak są na nartkach. Wychodzi się rano na 10-stopniowy mróz i czekając na przystanku na skibusa, wystawia się mordkę na słoneczko, żeby nie dopuścić, brońboże, do powstania pogoglowej bladości pomiędzy nosem a czołem, murowanej na południowych stokach Wielkiej Raczy.

Skibus przyjeżdża wypchany na full, warszawskimi rodzinkami z warszawskimi dziećmi w salomonach od góry do dołu, bratysławskimi rodzinkami z bratysławskimi dziećmi w sprzętach z go-sportu, nastoletnimi amatorkami białego szaleństwa poprawiającymi przed wyjściem na stok makijaż. Ale trzeba się wepchać, nie ma boli, bo na stok trzeba jakoś dojechać, po drodze można za to wysłuchać refleksji tatusiów usportowionych wymieniających między sobą wrażenia z nakładania łańcuchów na swoje lanosy - nielanosy, beemki - niebeemki, z montażu relingów, z montażu uchwytów na narty i z rowiązywania wszelkich innych zimowych bolączek ojca rodziny.

Jak śnieg w nocy spadnie, to za parkingiem P3 skibus staje i czeka, aż płóg udrożni przejazd do wyciągu. Niebywała atrakcja: 40 minut wśród wkurwionych hanysów, warszawiaków i bratysławiaków, którzy przyjechali tutaj na narty, a nie żeby stać w skibusie i niech ich ten cieć wypuści, to oni sobie szybciej dojdą do wyciągu sami, na nogach, a poza tym to trzeba było jechać na Dedovkę a nie na Laliky, na Dedovkę zawsze jest droga przejezdna, a na Laliky to już nigdy więcej, panie, nigdy więcej.

A potem się robi kolejka trzech skibusów po skipass - trzeba w kolejce stanąć, a jak przyjdze co do czego, robić głupie miny przed kamerą, która robi skipassowe zdjęcia.

A potem staje się w kolejce na wyciąg: szkółki narciarskie, które wpychają się bocznym przejściem, bramka VIP, która zbiera dwa razy tyle punktów, co zwykła bramka, i dzieci małe hanyskie, warszawskie i bratysławskie i tutejsze, co nie muszą kasować skipassu, bo mieszczą się pod bramką, tylko niech matka zdejmie ci synu kask, bo znowu utkniesz, i syn utyka i cała kolejka oczywiście stoi, amatorzy białego szaleństwa depczą sobie po nartach, uważaj pedale, depczesz mi po nartach, "już kiedyś, wyobraź sobie, patrzę w domu, a tu znaczek atomika mi się starł, przez tych pedałów właśnie, co depczą po nartach", uwagi wymieniane na stronie, wreszcie synek się odtyka, wyłazi spod bramki cholernej, dziesięć krzesełek pojechało pustych, a teraz zamiast siadać, jak leci, to czekają te hanysy i warszawiaki cholerne, na Grażynę, na Gerarda, "Grażyna, jedziesz z nami? To czekamy!", ale Grażyna czeka na Heńka, "A Gerard kaj? Kaj jyz wujek?" "Wujek, wujek chodź z nami siądziesz, pojedziesz z nami!" A wujek zapił już wczoraj, nie dojechał, gdzie jest wujek, czekają amatorzy śniegu na wujka, a krzesełka jadą puste, temperatura kolejki rośnie, jedź pan już kurde, a nie, że pan blokujesz, no to niech pan przepuści żonę, Zdiśka! chodź, pan cię przepuści! Jak już siądą, jak już ruszy, to zaraz się zatrzymuje, bo Zdiśce źle się siadło. Ale Miki i Andżela, co wyjechali pierwsi, już zdążyli zjechać, chociaż Patrycja z Sylwią jeszcze stoją, no to Miki, Miki, Andżela, kurwa, chodźcie, zajęłyśmy wam, Miki z Andżelą przepychają się przez tłumy, już siódmy skibus dojechał, tumy walą do kolejki, ale Miki z Andżelą dają, dawaj dawaj, po nartach, bokiem, na kucki, dosuwają, doślizgują się do Sylwii, do Patrcyji, siema, siema, jak było, zaje trasa, zaje stok, zaje krzesełka, dawajcie jeszcze raz, dajemy?, dajemy na górę, na czarną, hej! zaje, zaje, jedziemy...

Ale nie ma to tamto, że wspaniale i entuzjazm, bo z hotelu w połowie stoku cuchnie stołówką. Trzeba się modlić, żeby tym razem krzesełka nie stanęły nad kominem, ale stają, jak zawsze, zawsze Pyszczkom nad cholernym kominem staną, no to trudno, no to czas na palenie w rękawiczkach, żeby nie czuć pomidorówy.

Wreszcie jest się na górze i widzi się ten boski widok i już chciałoby się zjeżdżać, ale trzeba najpierw podjąć decyzję: w którą stronę jechać? Czy 3 kilometry czerwonej trasy na Laliky, bo na Dedovce są przecież potężne kolejki, czy półtora przez choinki na poślednie krzesełka, a może jednak na Laliky - tam krzesełka lepsze są, bo sześcioosobowe i pokonują różnicę wzniesień w niecałe 10 minut.

 


O dwunastej, zanim hanysy, warszawiaki i bartysławiaki zejdą na obiad i stoki zrobią się puste, trzeba się wbić na obiad do schroniska. Schronisko jest na samym szczycie, rytuał omiatania butów przed wejściem, mimo to w środku śnieg wbija się w wykładziny, zapach papierosów i piwa dziesięcioleci narciarskich sezonów, ciepło elektrycznych grzejników, na których suszą się czapki, szaliki, rękawiczki z całego turnusu, kotlecik schabowy na obiad i po piwku, i za dwadzieścia złotych człowiek ma potąd, ale jeszcze trzeba siku po tym piwie, każdy musi siku, do kibla kolejka, a zajdź tam po tych kaflach, po schodach, w butach plastikowych, na łydkach pod kątem do przodu, zdejmij ocieplacze, rajtuzy, dziesięć warstw majtek i odsikaj się, żeby jeszcze szelki do muszli nie wpadły, nie jest to takie, panie, proste, a Gerard, co już dojechał, skacowany, to już w ogóle nie daje rady, "Wujek se cały kombinezon salomona obsikał!", krzyczą hanyskie dzieci.

Po obiadku znów na stok, hanysy, warszawiaki, bartysławiaki szturmują wtedy schronisko, a Pyszczki cieszą się jak głupie, że jakie to one mądre, że wcześniej poszły, a teraz cały stok dla nich. I zjeżdżają, do czwartej, choć po trzeciej już się muldy robią, ale Pyszczki wiedzą, że za dziesięć czwarta po niebieskiej zjeżdża ratrak, potem można za ratrakiem, świeże pasy, karwingowe łuki na równym zakreślać, ale na końcu trzeba uważać, po szkółka pięciolatków zjeżdża całą ferajną, stoją gówniarze w pługach na najbardziej stromym kawałku, ratrak jedzie, Ola, Tomek, zjedźcie na prawo, szybko, na prawo, ale gdzie jest prawo?, gdzie jest lewo?, skąd ma Ola, Tomek, w tym wieku wiedzieć, poza tym stromo, no to zator, ratrak stoi, dzieci stoją, pan od szkółki podchodzi na górę, żeby Olę, Tomka wziąć, ale co może jeden pan od szkółki na tyle dzieci, wszystkie stoją, bo stromo, bo ratrak, to już Pyszczki wiedzą, że dziesiątego zjazdu nie zrobią, bo zaraz zamykają wyciąg.

A potem znów się czeka na skibus, ale ten szybko przyjeżdża, człowiek wsiada pierwszy, to nawet zajmie miejsce siedzące, i tak zresztą wszystkie hanysy i warszawiaki wysiądą przy parkingu P3, najwyższym, bo oni autami jeżdżą, a nie jak Pyszczki, znowu się cieszą jak głupie, że one to skibusem na sam dół, o nic się nie muszą martwić, piwa się mogą napić, butów nie muszą przebierać.

A potem odwiedza się sklep słowackiej sieci Jednota i kupuje się dużo piwa, keltów, staropramenów, świetlych bażantów i ćmawych kozielów, plus lokalny rizling, najlepszy - nitrzańskie knieża.

Po nartkach człowiek spocony, więc bierze się prysznic i wskakuje się w dżinsy, a potem już do wieczora, do późnej nocy - główna atrakcja słowackiej kultury: picie piwa i oglądanie jednotki, slovenskiej televizie. Najlepsze jest zgadywanie odpowiedzi w milionerach i w jednym z dziesięciu, R-Pyszczek bije faworytkę Petrę Matejovą na łeb, na szyję, a o dwudziestej lecą noviny, to Pyszczki przynajmniej wiedzą, co się w świecie dzieje. O dziesiątej, jest się już zmęczonym, trzeba się położyć spać, żeby następnego dnia wstać jeszcze wcześniej, niż tym razem, żeby być na stoku przed tymi wszystkimi hanysami, warszawiakami i bartysławiakami... Taki punkt honoru, obiekt napalania, nieosiągnięty przez cały wyjazd: zdążyć na pierwszego skibusa.

I tak się toczy, aż się znudzi, albo aż się na tego pierwszego skibusa wreszcie wstanie...

wtorek, listopada 13, 2007

O tym, jak J-Pyszczka rekrutowano, twierdzeniu Goedla i roszczeniowej postawie

Tym razem będzie historia, którą J-Pyszczek opowiadał już setki razy różnym swoim krewnym i znajomym. Ale że zawsze niechcący pomijał jakieś istotne szczegóły, tutaj przedstawi ja z pełną uwagą dla detalu.

A było to tak: R-Pyszczek znalazł sobie bardzo sensowną pracę w swojej niszy programistycznej. Pisze w pajtonie, siedzi przed komputerem, do tego mają mu podobno płacić jakieś sensowne pieniądze. J- postanowił więc, że on też. Wysyłał więc cefałki tu i ówdzie, między innymi do firmy będącej Googlem na miarę Mokotowa.

Po niedługim czasie od wysłania oferty Gógiel z Mokotowa odezwał się do J-Pyszczka celem zaproszenia go na rozmowę. J- poszedł, a jakże, ubrawszy się w swoje wyczesane szwedy z liwajsa, z nastawieniem, że nigdy nic nie wiadomo, ale może i coś wypali.

Okazało się, że J-a nie chcą tam na stanowisko, na które aplikował, ale na inne, do działu koordynacji projektu. Tym większe uradowanie J-Pyszczka - znaczy, że przeczytali cefałkę, a właściwie wypałeniony przez J-a kwestionariusz na stronie firmy, którego sztampowość spełniała wszekie standardy wyznaczone przez specjalistów hjuman risorses z gazety pracy.

Podczas rozmowy pytano J-a o to, jaką jest osobą ("Proszę nam powiedzieć, w dwóch zdaniach, jaka pani jest, ale nie jako pani, tylko jako osoba"), co to jest lambda ("- Ale chodzi o grecką literę?", "- Nie, o lambdę w programie pyton"), i o to, co umie z algebry, w szczególności, czy umie liczyć eigenwektory. Było miło, ale zapowiedziano Pyszczkowi, że będzie musiał rozwiązać zadanie.

Po kilku dniach J- dostał zadanie: napisać, do czego służą wektory i wartości własne endomorfizmów. Pyszczek nie jest leszcz, więc wziął wysmażył pedeefa o wektorach i wartościach, zrobił nawet własny rysunek do tego, i wysłał. Dostał odpowiedź, że prezes zaprasza na kolejną rozmowę.

Pyszczek się podjarał okropnie (błąd), wygóglował prezesa, dowiedział się, że prezes interesuje się logiką matematyczną i pisywał artykuły do zagranicznych naukowych żurnali; Pyszczek zakupił więc sobie w rezerwacie żakiecik i poszedł. Prezes okazał się być geekiem jak z hasła encyklopedycznego, choć do Larry'ego było mu daleko, ale Pyszczek takich lubi, więc nawet mu się spodobał.

Na początku rozmowy prezes pytał Pyszczka o twierdzenie Goedla, o to, co to jest logika formalna, o przewidywaną tematykę doktoratu i o to, jak sobie wyobraża łączenie pracy naukowej z pracą zawodową tak zwaną. A potem powiedział, że tak naprawdę, to chodzi o inne stanowisko - o kwatermistrza od trudniejszych rzeczy, czyli, jak to się zwie w żargonie, o realizację projektów zewnętrznych.

I teraz wychodzi na to, że J- jest typowy przedstawiciel pokolenia roszczeniowców. Bo nie cieszy się, jak głupi, że chcą mu dać robotę, więc trzeba brać, tylko zastanawia się i analizuje: czy mu się spodoba, czy go będzie satysfakcjonować, czy za taką kasę nie szkoda wajchy i czy będzie miał możliwości rozwoju. I czy przy realizacji projektów zewnętrznych przyda mu się kiedyś wiedza, że jeśli arytmetyka jest niesprzeczna, to jest niezupełna.

poniedziałek, października 22, 2007

O czymże innym, jeśli nie o wyborach

Będzie krótko. Pyszczki poszły zagłosować. Konstanty Turski nie zdołał zgłosić swojej listy, niestety. Nie było więc na listach żadnego godnego reprezentanta Pyszczków. Nawet na prawicy. Pe i eS zawiodło na czerwono:

Liga również, mimo że J-Pyszczkowi wyszło w Latarniku.pl, że to Lidze właśnie powinien udzielić poparcia. Ale nie udzielił.


Ale i tak, Pyszczki oddały głosy ważne i przyczyniły się do tego, że jest, jak jest. Z niecierpliwością czekają teraz na zapowiadany przez Małego Brata nowy Trzynasty Grudnia. Gorzej, gdy okaże się jutro rano, że firma "C" zatrzymała skoro świt Donalda Trąbe, za współpracę z ,,Faktami i Mitami'', Piterę, pod zarzutem korupcji, Balcerowicza, na wszelki wypadek, Bufetową, za rozkopy w stolycy, i Radka Sikorskiego, za szpiegostwo na rzecz Jej Królewskiej Mości.


piątek, października 19, 2007

O Premierze Turskim, czyli jak pani Holland dała ciała, a Agora ją jeszcze promuje

J-Pyszczek już wie, na którą partię będzie głosował w niedzielę. Na Polski Blok Centrowy. O ile oczywiście premier Turski zdąży objąć kierownictwo partii. Nigdy nic nie wiadomo - Krystyna Sochaczewska trzyma się przecież na swoim stołku całkiem nieźle. Ale J- wierzy z całego serca, że Konstanty Turski posunie Sochaczewską, a potem, jak już wygra te wybory i uformuje kolejny rząd, posunie całą resztę: Matajewicza, Naruszewskiego, Wandurskiego. I Bronka, tego, co go Naruszewski posunął, Bronka też. I wtedy będzie żyło się lepiej. Wszystkim.

A jak ktoś nie wierzy, niech sobie wejdzie na blog Pana Premiera, o tutaj: http://konstantyturski.pl i niech się sam przekona, że Pan Turski to prawdziwa alternatywa dla Polski. Czysty jak łza, mówi po angielsku, nie zdradza żony, był w Ameryce, wykłada w Wyższej Szkole Ściemniania i Wszystkiego Najlepszego w Zamościu (nie w Pułtusku, bo to by się za bardzo z Tuskiem kojarzyło), lata na lotni, wszystko robi, wszystko trzaska i jeszcze, jak mówi swoim tubalnym głosem:
- Prosze zdjąć tę linkę, tylko tak delikatnie, - to polskie kobiety po prostu miękną w rzepkach. I jak tu nie chcieć pana Turskiego na prezydenta? Albo może na papieża?

Serial Ekipa, którym żyją teraz widzowie Polsatu, użytkownicy BitTorrenta i tak zwana polska inteligencja, to, zdaniem J-Pyszczka, reklamówka Platformy rozciągnięta na kilkanaście odcinków. Wycyrklowanych tak, żeby kadencja rządu Turskiego skończyła się tuż przed wyborami w realu. Oczywiście - gdzie Turski, a gdzie Tusk! Jeden ma jednodniowy zarost, drugi pupę niemowlaka; jeden ma synka, który dobrze się uczy i nie przeklina, drugi ma córeczkę, która tańczy z gwiazdami i mizdrzy się w telewizorze.

Ekipa jest trochę bardzo śmieszna. Z kilku przyczyn: nachalny produkt plejsment marek Agory + konwencja realistyczna robią wrażenie, że media w Polsce ograniczają się tylko do gazety.pl, Gazety Wyborczej, TOK FM i fikcyjnej TVT (dziwne, że w serialu nie występuje słoneczko Polsatu). Kostki z markami Agory śmigają po pierwszym planie ilekroć Agnieszka Holland pokazuje, jak sobie wyobraża konferencję prasową od kuchni.

W ogóle, to, jak sobie Agnieszka Holland wyobraża pewne rzeczy, wywołuje u Pyszczków salwy śmiechu. Na przykład, jak sobie wyobraża fachowca od finansów - musi być doktorem ekonomii, musi nosić w uchu słuchawkę bluetooth, musi umieć rozwiązać problem deficytu handlowego dwoma równaniami na tablicy i musi umiec odmienić przez przypadki dwa słowa: aprecjacja i deprecjacja.

Być może, gdy PBC wygra niedzielne wybory a ministrem edukacji zostanie kolejny doktor ekonomii ze Szkoły Wyższej Ściemniania w Zamościu (wiadomo, ekonomista we wszystkim kompetentny, tak jak do tej pory było z filozofami), być może wtedy, uczniowie będą mogli wybierać na maturze ustnej z polskiego spośród następujących tematów:
,,Symboliczny i metafizyczny wymiar doktoratu z ekonomii w Ekipie''
,,Lustracja jako krzywda i upokorzenie - postać Henryka Nowasza jako postać tragiczna''
,,Emo czy metroseksualizm? Etos współczesnego mężczyzny w Ekipie na podstawie postaci premiera Turskiego''

piątek, września 21, 2007

O strasznych chceniach, stanikach i osaczonym R-Pyszczku

Kiedy J-Pyszczek był mały, pocierpiwał na dolegliwość polegającą na niekontrolowalnej dominacji woli nad ciałem. Kiedyś na przykład, w wieku mniej więcej lat sześciu, J- zachorował na chcenie lalki Barbie. Nie chodziło o Barbie dokładnie, bo Barbie były strasznie drogie, ale o przyzwoitą podróbkę dostępną w lokalnym mallu Klimczok w Bielsku-Białej, zwaną w J-Pyszczkowym idiolekcie ,,flerką''. Flerka była absolutnie wymarzona - miała mieć brązowe włosy, plastikowe cycki i nazywać się Fallon, jak córka Blake'a Carringtona (J- bardzo się identyfikował z Fallon, jak był mały). Jedyny problem tkwił w tym, że J- lalki nie miał. Skutkiem tego, pewnego wakacyjnego dnia, J- dostał wymiotów, gorączki i bólu brzucha. Objawy klasyczne dla anginy, toteż po całym dniu wyrzygiwania ciocinej kuchni, został mały J- zaprowadzony przez Ciocię Ziucię do doktora. Doktor nie stwierdził żadnych bakteryjnych czy wirusowych nieprawidłowości, mimo że mały J- zarzygał go od stóp do głów w trakcie badania. Cioci Ziuci zrobiło się jakoś mimowolnie J-dziecka żal, więc na pocieszenie została zakupiona Fallon. I co? Rzyganie, gorączki, bóle - minęły, jak ręką odjął.

Całe szczęście, J-Pyszczek wyrósł już z wymiotowania z powodu strasznego chcenia. Ale za to ma inne objawy. Otóż J-, jak strasznie czegoś chce, to dostaje ADHD: nie może się na niczym skupić, ciągle myśli o chcianej rzeczy, a chcenie samo w sobie pochłania cały mały procesor w jego puchatym różowym rozumku.

Odkąd J- zmienił fokus zainteresowań z logiki formalnej na bieliznę damską, zapragnął strasznie mieć Arabelkę. Arabelka to super śliczny wypasiony stanik firmy Freya za 29 funtów, dostępny w rozmiarach aż do literki J. Co gorsza, Arabelkę ma większość dziewczyn z Lobby (tak, jak kiedyś było z nieszczęsnymi Barbie, że wszystkie dziewczyny je miały). Co jeszcze gorsza, Arabelka na jesień 2007 ma kolor intensywnie różowy, co sprawiło, że J- autentycznie na nią zachorował. Obiecał sobie więc, że jak tylko zda makroekonomię, to pójdzie do Avocado na Bracką (do takiego super wypasionego sklepu ze stanikami i majtkami, w którym panie pakują bieliznę do różowych torebek) i sobie Arabelkę zakupi, żeby móc wreszcie z powrotem normalnie funkcjonować.

Dzisiaj waśnie J- pobrał wpis z makro (żeby nie było, na czwórkę zdał!) i postanowił się wybrać do swojego ulubionego sklepu. Z R-Pyszczkiem, rzecz jasna.

Wizyta w Avocado to było dla R-Pyszczka przeżycie - jak sam określił, - etnograficzne. Po pierwsze, same baby. Po drugie, dyskutują o stanikach. Po trzecie, wszędzie pełno staników - staniki na wieszakach, staniki na ladach, staniki spadające z wieszaków, szuflady pełne staników. Same staniki. R-Pyszczek osaczony stanikami: miseczkami, obwodami, ramiączkami, haftkami. Po czwarte, pani ekspedientka: pełen biuściasty profesjonalizm (należy jej się szacun za pukanie do przymierzalni i przynoszenie do przymierzenia staników, o których J- od razu powiedział, że nie kupi, bo są za drogie). R- oczywiście cały czas asystował w przymierzalni. Ciężko orzec, czy dlatego, że lubi przymierzać J-Pyszczkowi staniki, czy też dlatego, że nie chciał, zeby go ominął widok dwóch biuściastych kobiet, z których jedna z całym namaszczeniem maca drugą po dekolcie. Żeby dobrze ułożyć stanik, a jakże! W każdym razie: folklor stanikowy przypadł chyba R-owi do gustu.

Summa summarum, efektem Pyszczkowego wyjścia było ogromne rozczarowanie wymarzoną Arabelką. Okazało się, że powyżej miseczki G Arabelki wcale nie są przezroczyste, tylko usztywniane jakąś parcianą podszewką, jakby miały przytrzymywać wory kartofli, a nie biust. Do tego, J- mieścił się w rozmiar 65GG (dla niezorientowanych: 65 to obwód pod biustem w centymetrach), a przecież mierzy fizycznie 82 centymetry. To tylko świadczy o tym, że staniki są obecnymi czasy szyte z potwornie rozciągliwych materiałów (skandal!). Swoją drogą, gdzie kupują staniki kobiety o połowę cieńsze od J-Pyszczka? Wciskają się w standardowe 70-tki i 75-tki? Toż to im musi jeździć po łopatkach...

A w ogóle, a propos staników, to taki Korwin-Mikke, walczący z Komisją Europejską, powinien się przejść do takiego Avcoado i spróbować dobrać sobie rozmiar biustonosza. Może wtedy przekonałby się, że wymuszona, odgórna standaryzacja JEST DOBRA, zwłaszcza w przypadku rozmiarów. Bo nie może tak, kurdę, być, że J- raz wchodzi w 70GG, raz w 70F, a za to 75F jest na niego za małe. Koniec końców, J-Pyszczek zakupił sobie pierwszą w życiu literkę J. Avocado Gloria 65J. Z kryształkami Swarovskiego i w ogóle full pełen wypas. Wprawdzie R- chciał, żebyśmy wzięli model Thalia z firmy Empreinte (ponoć się czyta ęprę, choć J- zawsze myślał, że emprejnte). J- wykazał się jednak zdrowym rozsądkiem (R- powinien być dumny!) i powiedział, że stanika wartego pół 19-calowego monitora LCD to on nie chce. Pani ekspedientka, choć w pełni profesjonalna, nie mogła zupełnie tego zrozumieć.

czwartek, września 20, 2007

O dobrobycie, ałtku i przedwyborczych rozterkach

Od kilku dni J- nosi się z zamiarem napisania noteczki na swojego różowego SŁIIIT blogaska, po pierwsze, bo idą wybory, których otoczka beletrystyczna sukcesywnie napełnia J-a goryczą, a po drugie, bo Pyszczkom wzrósł Human Development Index (taki ONZ-owski indeks, co, mierzy dobrobyt, jak komuś się nie chce na wikipedii sprawdzać). Dzisiaj Pyszczki w związku z tym starły się w małym sporku: czy J- powinien napisać o nowych mebelkach z ikejki i jeżdżeniu ałtkiem po mieście stołecznym, czy też powinien raczej poubolewać nad brakiem reprezentacji politycznej Pyszczków, na którą to Pyszczki mogłyby ewentualnie zagłosować. R- twierdził oczywiście, że nikogo nie interesują bolączki polityczno-społeczne J-Pyszczka, a mebelki z ikejki, ałtko, nowe przepisy kulinarne - owszem. J- wierzy jednak, że nie samym dobrobytem człowiek (pardon, pyszczek) żyje i wpadł na genialny (jak zwykle!) pomysł, by połączyć oba tematy.

Pierwsza kwestia jest więc taka, że Pyszczki mają teraz dobrobyt, że hej! Nie bez kozery w końcu R- zasuwał na tym Zachodzie przez wakacje. Mieszkają tam, gdzie kiedyś - w mega super hiper kawalerce przy Łazienkach. Urządziły ją sobie mebelkami i akcesoriami z ikejki - kuchnię na niebiesko-czarno-stalowo, pokój na czerwono-zielono-pomarańczowo-żółto-różowo (znaczy, na kolorowo, po prostu), wuce na sraczkowato (w sumie, to nie było czego urządzać), a w łazience powiesiły zasłonkę prysznicową z Simpsonami w skali 1:1. Musiały również kupić nowe regały, bo okazało się, że zwiększył się im księgozbiór. Teraz jest to już 12 metrów bieżących grzbietów książek. Z tego:
2,4 metra filozofii,
1,6 metra informatyki,
1,4 psychologii ewolucyjnej, lingwistyki i kognitywistyki,
1,1 metra socjologii i historii,
40 cm literatury prawicowo-konserwatywnej J-Pyszczka.
Reszta to beletrystyka, podręczniki i semperki (zeszyciki kfazinaukowe wydane nakładem wydawnictwa semper).

Najfaniejszą zabawą było oczywiście układanie książek tak, żeby ostateczny układ odzwierciedlał hierarchię wartości intelektualnych Pyszczków. I tak, filozofia powędrowała na najniższe półki, ustępując miejsca ,,Księżom wobec bezpieki'', ,,Tajnej policji przy robocie'' i ich przyjaciołom. ,,Spór o granice języka'' został postawiony obok postmodernistów (wyjdzie wszystkim na zdrowie), a centralne miejsce zajęła brązowa seria Klasyka Informatyki z WNT. Jest też półka-ołtarzyk, na której stoją Culinaria Europy, cały Umberto Eco, Lewis Caroll, Themerson i Barańczak. Do tej półki należy podchodzić z szacunkiem i nabożeństwem.

Pełna biblioteczka potęguje dobrobyt, ale co dopiero ałtko! Otóż Pyszczki dostały je w postślubnym prezencie i śmigają nim po całej stolycy. Ałtko ma swoje plusy: można nim zajechać w niedzielę jak porządna polska rodzina do CeHa Arkadia, do Sadyba Bestmol, albo do Ikejki, Janki, Marki, gdzie dusza zapragnie. Dzięki takiemu jeżdżeniu Pyszczki zwracają teraz więcej uwagi na stan tak zwanych dróg polskich - i teraz będą mogły z Mareczkiem na przykład wymieniać się doświadczeniami w kwestii dziur i kolein. Zatem kolejny plus: nowe tematy do dyskusji. Swoją drogą, J- już słyszy te dyskusje: a widziałeś ten rozje**ny asfalt przy zjeździe na Modlińską? A na trzecich światłach na Witosa licząc od Czerniakowskiej, stary, tam to jest, k***a, studzienka na pół metra!

Minus ałtka pierwszy jest taki, że ssie paliwko, a paliwko kosztuje. A drugi, że J-, prowadząc, stresuje się, że nie jest perfekcyjną kierownicą. Całe szczęście, ałtko ma wsiową rejestrację ze Stargardu Szczecińskiego, i dlatego jak J- się uśmiechnie i pomacha rączką, to ci niewsiowi dają mu taryfę ulgową.

Ogólnie biorąc rzecz, Pyszczki żyją teraz w strasznym dobrobycie, aż głupio się chwalić. I teraz wkracza na scenę temat drugi: jaka polityczna formacja będzie reprezentować interesy Pyszczków? To już nie jest, proszę Szanownych Państwa, wcale śmieszne pytanie. Zwłaszcza - w obliczu zbliżającej się parodii demokracji pt. wybory parlamentarne 2007.

Pyszczki zawsze mówiły, że jak co do czego, to będą głosować na Korwina. No bo skoro Polandia przeżyła PiS, to z UPRem nie powinna mieć problemów. Wszak więcej się zpesuć nie da - czemu więc nie dac szansy? Ale odkąd wiadomo, że Korwini się zblokowali z Gietychowem, startują z list LPR, Pyszczki trzymają się za głowy, pękając ze śmiechu, jak Giertychy mówią, że Liga jest partią kapitalistyczną. Z becikowym na sztandarach.
UPR odpada więc, bo jest niepoważna - lekceważy zupełnie swój żelazny elektorat liberałów na rzecz mandatów uzykanych dzięki kato-oszołomom. Korwinom dziekują więc Pyszczki.

Platformersi odpadają, bo jeśli czyjekolwiek interesy reprezentują, to tylko sepleniących: aby żższiło sie lepiej. Wszzyssthkim - mówi Donald. Poza tym, kampania czysto negatywna, jaką platformersi uprawiają, daje do myślenia: czyżby nie mieli żadnych konstruktywnych pomysłów? Takim Pyszczki nie ufają.

Do wyboru stają też podobno baby, Manuela Gretkowska i spółka. Fajnie, J- czytał kiedyś jej powieść o kobiecie z dwiema łechtaczkami, która czekała, aż, za przeproszeniem, zerżnie ją (język autorki, a nie J-a) kangur. Nagie plakaty wyborcze też wiele mówią o profesjonalizmie kandydatek. Zaś hasło kampanii zrobiły se laski na miarę Kononowicza. Ten chciał, żeby nie było niczego. Partia Kobiet chce wszystkiego - dla przyszłości. R.E.S.T.E.K.P.A. za blond-podejście do kwestii.

Lechu mówi, że trzeba głosować na Witosa. Na PSL, znaczy. Są w tym pewne racje: Pawlak używa Linuksa, propaguje open source, prowadzi całkiem sensowną stronę. Nie skompromitował się jeszcze - nie kolaboruje z lepperami, jak podobno chce ten komuch Miller, nie wszedł w koalicję z PiSem... Z drugiej strony, czy interesy Pyszczków na pewno najlepiej będzie reprezentować partia chłopska???

piątek, sierpnia 17, 2007

O tym, jak strasznie jest w Holandii

R-Pyszczek, wiadomo, spędza tegoroczne wakacje pracując ciężko na tak zwanym Zachodzie. Pracuje wprawdzie na cefałkę, a nie na chleb, dom, dzieci, psy, samochody, ale nie znaczy to bynajmniej, że R-Pyszczek ma w tej swojej Hadze życie jak w Madrycie. O nie! J- to wie, bo spędza właśnie u R-a jeden wakacyjny tydzień.

W trakcie tego tygodnia R- oczywiście chodzi do pracy. Praca jest straszna, ponieważ zaczyna się o dziewiątej rano a kończy o osiemnastej. Osiem godzin plus przerwa na lancz. R-Pyszczek musi w związku z pracą wstawać o ósmej rano (stęk..), pościelić kanapę (stęk..) i chodzić na autobus, z którego przesiada się potem na tramwaj, żeby w czterdzieści minut (stęk...) dojechać do biura. Tak długo, bo R-Pyszczek mieszka na najprawdziwszych na świecie suburbiach. Zajmuje pokoik w domku szeregowym (w Holandii nie ma innych domków, dom wolnostojący jest instytucją nieznaną), na parterze, z oknem na ulicę, po której nic nie jeździ, i na pelargonie, które codziennie podlewają opiekunowie domu.


Na suburbiach jest okropnie poprawnie. Wszyscy przechodnie mówią sobie hujemiddah (dzień dobry), niezależnie od tego, czy się znają, czy nie. Rowerzyści mają miny, jakby nażarli się prozaku, a psy nie robią kup. Koty wolnochodzące mają obroże, a zabudowa przypomina domek Lotty z ulicy Awanturników z Miasteczka Astrid Lindgren.

Jeszcze straszniejszy jest sam dom (guzik, żaden dom - kurnik), w którym mieszka R-. Dom jest wynajmowany czterem osobom. Każdy ma swój pokój, natomiast kuchnia i łazienka są dzielone. Zgodnie z prawem holenderskim, które przewiduje jakieś niesamowite przywileje dla najemców zamieszkujących lokal dłużej niż 6 miesięcy, dom jest wynajmowany lokatorom tylko na krótsze-niż-półroczne okresy. Domem opiekują się dwie starsze osoby, biały starszy pan i biała starsza pani, zatrudnione specjalnie przez białe starsze małżeństwo właścicieli domu. Dodajmy, że cała czwórka mieszka w pobliżu domu. Biały starszy pan, na oko siedemdziesięciolatek, jest odpowiedzialny za router bezprzewodowy, który biali starsi ludzie trzymają zamknięty na strychu, żeby nikt nie ukradł. Kiedy router się zawiesza, biały starszy pan przychodzi go zrestartować. Dodajmy, że tylko on może restartować router, ponieważ jest za niego odpowiedzialny. W tym celu biały starszy pan wdrapuje się na strych, otwiera kluczem drzwi do pokoju z routerem i odłącza go do prądu. R- wymyślił lepszy sposób restartowania routera. Wchodzi spod przeglądarki na interfejs routera (który, a jakże, jest niczym niezabezpieczony) i po prostu klika ,,reset''.

Oprócz internetu, do zakresu kompetencji białego starszego pana należy też mycie od zewnątrz okien R-Pyszczka, aby się błyszczały i było przez nie widać (mimo że R- w ogóle ich nie odsłania) oraz mycie zlewu kuchennego i chowanie gąbek i myjek do szafki. Na holenderskich przedmieściach, jak się bowiem okazuje, zostawienie na zlewie wyciśniętej myjki jest istnym faux pas. Myjkę/gąbkę/cokolwiek wilgotne należy schować do szafki, jak poucza holenderski know-how, aby tam stęchło spokojnie w ukryciu, zamiast suszyć się na widoku.

Biała starsza pani, która współopiekuje się domem, jest odpowiedzialna za pralkę. Otóż pod schodami stoi pralka, z której mogą korzystać lokatorzy domu. Aby jednak z niej skorzystać, lokator musi wcześniej zadzwonić i się umówić na prąd. Chodzi bowiem o to, aby lokatorowi potrącić za pranie dziesięć euro. A jak najłatwiej skontrolować, czy lokator zrobił pranie? Należy odłaczyć od pralki prąd i pobierać opłatę za każdorazowe włączenie. Prąd od pralki włącza się na zamkniętym strychu (tam, gdzie stoi router), dzięki czemu żaden niepożądany, nieuczciwy lokator nie może sobie pozwolić na praniową samowolę.

Biała starsza pani opiekuje sie też mikroskopjinym ogródkiem na tyłach domu. Ogródek jest odpicowany jak cholera - stoją w nim gipsowe kaczki, doniczki z ziołami, ławeczka, krasnale, bógwieco. Ogródka z ulicy nie widać - widać go tylko z okien sąsiadów. Oczywiście, do ogródka NIE można wchodzić, jak się jest lokatorem - wchodzić tam może tylko biała starsza pani i biały starszy pan.

Czego jeszcze nie można? Zostawiać jedzenia poza lodówką - nieważne, że jest zamknięte w garnku, apetyczne i nie śmierdzi. 100% szans, że biały starszy pan takie jedzenie wstawi w całym garze z pokrywką do grubego worka na śmieci i postawi w schowku na pralkę - trudno pytać, w jakim celu...

Nie można też używać łazienki po 22, ponieważ nie, i spuszczać klapy od sedesu - ponieważ jest przykręcona (celowo) do ściany. Bógjeden wie po co.

Na podstawie obserwacji samych tylko suburbiów J- ma już miliony argumentów na poparcie tezy, że R- jest w tej całej Holandii strasznie biedny i że ma jak najzdrowsze powody, aby odczuwać nieszczęście. W porównaniu z Belgią...

Tam trzymało się router na korytarzu - i nikt nie kradł, można było siedzieć w ogródku, za małe pranie płaciło się 4 euro (za dwunastokilogramowe - 8), psy robiły kupy, na murach stało wielkie graffiti "vuur en vlamen voor de staat", a czarne dizajnerskie ziomy grały pod Pyszczków domem w kosza w rytmie teknobałnsu puszczanego z otwartego samochodu.

Pyszczki strasznie tęsknią za Belgią, tą oazą normalności...