niedziela, sierpnia 27, 2006

O nowej jakości życia, czyli o optibookach i fondue

Ślub Pyszczków niewątpliwie wniósł do ich żywota zupełnie nową jakość. A to za sprawą dwóch faktów: po pierwsze, Pyszczki stać było wreszcie na kupienie sobie laptopów, po drugie, Pyszczki maję wreszcie profesjonalny sprzęt do robienia fondue.

Laptop to jest, jak się okazuje, bardzo fajna zabawka. Można z nim pójść do kibelka, posiedzieć w kuchni i popalić szlugi, tak żeby się R-Pyszczek nie wkurzał, że mu śmierdzi, można też obejrzeć sobie w łóżku film i wcale nie trzeba przestawiać wszystkich kabli, biurek i całego świata. Do tego, laptop śmiga że hej i świeci że hej, i J-Pyszczek nawet flesza w Operze nie blokuje, bo i tak mu się elegancko wyświetla, że nawet J- go nie zauważa.

W ogóle, to gdyby nie dobrzy ludzie w internecie, to kupno laptopa nie byłoby wcale takie proste, bo to dzięki nim właśnie Pyszczki się naumiały, na cóż to trzeba zwrócić uwagę, jak się ot taki laptop kupuje. Trzeba zwrócić uwagę mianowicie na to, jaki szybki jest dysk (J- ma 5400 rpm), ile ma komór bateria (J- ma osiem), czy jest wolny slot na ram (u J- jest), ile jest dziur usb (J- ma 3, ale Pyszczki powiedziały, że to strasznie mało i na zachętę dostały od panów usb huba za friko) i czy się świecą wszystkie piksele. I to jest naprawdę strasznie ważne, bo za każdy martwy piksel dostaje się 5 dych rabatu. I tak na przykład J- kazał panom z optimusa włączyć oba komputry, J- i R-, i powyświetlać najróżniejsze kolory i się okazało, że u R-Pyszczka był martwy piksel i dzięki J-upierdliwośći dostał w prezencie mysz logitecha. U J-Pyszczka niestety nie było martwych pikseli, ale i tak dostał w prezencie specjalną taką drugą skórę, że może sobie swojego optibooka nosić normalnie w torebce, bo to jest strasznie mały optibook i strasznie fajny. Warto jeszcze przed zakupem sprawdzić specyfikację techniczną komputra w karcie gwarancyjnej, a nie w katalogu czy na stojaczku w sklepie, bo niestety, sprzedawcy, nieważne jak bardzo profesjonalnie wyglądają, oszukują na bajtach, bitach i hercach -- na przykład laptop J-Pyszczka według etykietki miał procesor 1,7, a w karcie gwarancyjnej jak wół stało, że tylko 1,4. Co J- odkrył oczywiście dopiero po tym, jak już zapłacił:(

Pyszczki wcześniej, przed zakupem, nastawiały się raczej na jakieś tosziby albo HaPeki ze środkowej półki, ale okazało się, że optimusy są pod względem cenowym o niebo atrakcyjniejsze. Z dwoma laptopami o zacnych parametrach Pyszczki zamknęły się w cenie jednego macbooka, natomiast gdyby kupowały jakieś zagramaniczne laptopy to pewnie dobiłyby do ceny wypasionego aj-bi-ema.

W każdym razie,wypada trochę potrendsettować: oprócz tego, że u J-Pyszczka touchpad kopie trochę prądem (ale raczej tak miło brumbra niż boleśnie szczypie), Pyszczki polecają laptopy optimusa, bo sprawują się dość solidnie (przy czym jest niespodzianka z kartą dźwiękową - sterwoniki instalują się dopiero w obecności Service Packa 1 w Windzie XP).

Druga super zabawka Pyszczków to jest kocioł do fondue -- ślubny nabytek, rzecz jasna. Klasyk -- serowe fondue -- Pyszczki strzeliły sobie przed paroma dniami i koniecznie muszą podzielić się swoimi doświadczeniami i radami na temat procedury przyrządzania:

1. Przyrządzać należy na bardzo małym gazie, a nie na bajeranckim stojaczku z paliwem, bo to, wbrew pozorom, za bardzo grzeje.

2. Nie trzeba przesadzać z kupowaniem super hiper drogich serów -- zupełnie wystarczy polski gruyer i niemiecki ementaler (np. illetarel), po 30 zł za kilo w kerfurze.

3. Pół kilo serów to zdecydowanie za dużo dla dwóch osób na jeden raz. Do romantycznej kolacyjki w zupełności wystarczy 25-30 deko.

4. Nie można pod żadnym pozorem przesadzić z kirschem, bo wtedy fondue zajeżdża wódą w nucie głowy i pozbawia biesiadników zupełnie przyjemności ciumkania. Max wiśniówki, który można dodać, to 50 ml na kociołek, głdako rozrobiony z łyżką mąki ziemniaczanej.

A teraz po krótce, jak się robi fondue:

Sery się trze na drobno (albo ciacha w braunie, jak kto woli, Pyszczki oczywiście ciachają w maszynie). Czosnek -- max 2 ząbki -- się trze albo ciacha na drobno. Do kociołka na fondue wrzuca się z łyżeczkę masła (ale masła, a nie masłiksu) i roztapia się owe nad malutkim gazikiem. Potem się wrzuca czosnek pociachany i się czeka, aż dojdzie. Jak już dojdzie, to wlewa się do kocioła szklanicę wina białego niesłodkiego (Pyszczki użyły Carlo Rossi). Niech się ono zagotuje i niech wyparuje z niego posmak alkoholowy i wtedy można garstkami wsypywać rozdrobniony ser i trzeba ciągle mieszać, aby ser się gładko rozmiękczał w winie. Sery można dobrać różniście. Gruyer da posmak słony, ementaler natomiast słodkawo-mdławy. Chester podchodzi pod fondue na piwie, nie winie, więc na wino lepiej go nie wrzucać. Spokojnie nada się też gouda. Gatunki można mieszać (nawet wypada) -- w sumie na dwie osoby musi być z 30 deko.

W każdym razie, kiedy sery się topią w winku, stopniowo dodawane, należy ciągle w kociołku mieszać, żeby się breja nie przypaliła od spodu. Tymczasem druga osoba bierze kielonek wiśniówki (choć na dobrą sprawę może to być wino), takiej cierpkiej, nie nalewki babuni!, i rozprowadza w niej łyżkę stołową mąki ziemniaczanej (2 złote za kilo). W mieszaninie nie może być kluch, bo potem będą psuły konsystencję fondue. Mąkę z kirschem się wlewa do kociołka, ciagle mieszając, a jak już się zagęści, kocioł można zdjąć z gazu i przenieść na bajerancki palnik. Do palnika trzeba stosować odpowiednie paliwo -- nie może to być rozpałka do grilla, bo cuchnie benzyną, a zwykła świeczka jest za słaba. Paliwo można kupić w sklepach z bajerami do kuchni za jakieś 18 złociszy trzy sztuki, a jedna starczy na co najmniej dwa kociołkowania.

Jak fondue stoi już na grzałce, należy maczać w nim na kijach buły, drobno porwane, i uważać, żeby się nie uświnić, bo po serze z masłem i winem zostają tłuste, o paradoksie, plamy.

A tak się fondue je:



.

piątek, sierpnia 25, 2006

O najlepszej imprezie w życiu Pyszczków, czyli o weselu

W ostatni piątek w życiu Pyszczków wydarzyło się Coś przez wielkie C: Pyszczki wzięły się i pobrały. I choć wydarzyło się jeszcze wiele innych godnych uwagi rzeczy - na przykład Pyszczki kupiły sobie super hiper extra laptopy optimusa i zrobiły pierwsze w życiu fondue, - to sakramentalno-świeckie ,,tak'' wypowiedziane przed dostojną kierownicą szczecińskiego USC, żeniącą szczecinian od mniej więcej okrągłego stołu będzie stanowić główny wątek owego posta. A o laptopach i fondue będzie kiedy indziej.

J-Pyszczek ma w ogóle garść refleksji dotyczących ślubów i wesel. Po pierwsze, wszelkie mrożki i gombrowicze mogą się schować przy farsie, jaką jest ślub cywilny w polskim USC. Na wejściu gości witają rozkraczone na zydelkach urzędnice, a facet w turkusowym garniturku i siateczkowych butach, z mocnym alkoholowym wyziewem, zajmuje się przeganianiem wszystkich z jednej sali do drugiej. Za ślub nie można zapłacić kartą -- a rzecz jasna, żaden młody pan ani panna gotówki przy sobie nie nosi. Kierownica Urzędu, niedość, że ma prezencję woźnej albo w najlepszym razie nauczycielki przysbosobienia obronnego, sili się na patos i udaje księdza, co, z racji prezencji, po prostu nie ma prawa jej wyjść. W rezultacie czego J-Pyszczek nie może się kulturalnie wzruszyć, tylko dostaje spazmów płaczośmiechu.

Po drugie, wesela wyzwalają w najbardziej niepozornych znajomych głęboko skrywane pokłady śmiałości, sprawiając, że wszyscy bawią się czadersko. Taki R-Pyszczek na przykład na ogół nie cierpi tańczyć, gdyż uważa to za czynność stresującą i usztywniającą. Jednak już po kilkunastu minutach przymuszonego tradycją tańcowania R- wywijał namiętnie piruety ze wszystkimi dziewojami, stając się tym samym księciem parkietu -- królem niestety nie, bo w tę rolę wcielił się sam Wielki Człowiek ze Szczecina, który w trakcie siedmiu dziewcząt z albatrosa rozerwał sobie na tyłku spodnie. Utalentowanym tancerzem okazał się także Mariusz, którego to Amelka skutecznie podrywała czułym ,,masz szluga?'' Za to Mareczek, którego na tak zwany pierwszy rzut podejrzewa się raczej o predylekcje techno-dresiarskie wyszedł na niesamowicie wręcz klasycznego weselnika w garniaku i koszuli.

Po trzecie, dobrze jest, gdy na weselu nie ma wódy. Pyszczki przewidziały to i poiły gości winem i piwem, dzięki czemu pierwsze zgony nastąpiły w okolicach 23.00 a nie 17.00. Stan upojenia gości był jednak niegorszy niż byłby w wersji wódczanej, a pierwsze miejsca w rankingu ubzdryngolenia zajęli ex aequo Wielki Człowiek i Rudobrody, którego kelnerzy mieli podobno prześladować zawołaniem ,,Ej Dawid, chcesz bronka?''Wielki Człowiek natomiast, za namową Siostry Wielkiego Człowieka, został wrzucony do sadzawki, co wziął za świetny otrzeźwiający żart, a nie, jak chciała prowodyrka, za wyraz nieokrzesania współczesnej młodzieży.

Po czwarte, weselnicy po pewnym czasie doznają upośledzenia percepcji. Rudobrody na przykład, opuszczając knajpę szepnął Amelce na ucho, że cieszy się, że wyszła za Ryśka, będąc oczywiście święcie przekonanym, że Amelka jest J-Pyszczkiem. Co nie było prawdą -- Amelka i J-Pyszczek są siostrami. Z kolei Czarna, która jest kuzynką R-Pyszczka i przy okazji, jak się potem okazało, jakąś strasznie skandalizującą feministką szczecińską, usiłowała zmolestować najpierw Wielkiego Człoawieka a potem Radka, który jest piętnastoletnim kuzynem J-Pyszczka i interesuje się głównie szachami i nożną piłką. Skutkiem czego Radek się Czarnej przestraszył i resztę wieczoru przebawił z Amelką i choć wcześniej zarzekał się, że nie lubi dziewczyn, to z Amelką wykonywali jedne z najśmielszych na parkiecie pozycji (z nóżkami między nóżkami na czele).

Po piąte, dobrze jest gdy wesele odbywa się na wolnym powietrzu, bo goście są wówczas rześcy i trzeźwo zrauszowani a nie skiśniali, spoceni i spruci. Wprawdzie na pyszczkowym weselu przez czas pewien lało jak z cebra, ale szybko się wypogodziło i można było tańcować, zakąsając winko grillowanym żarełkiem.

Póki co, niestety nieostre i nieliczne zdjęcia z najbardziej czaderskiej, najlukśniejszej i najfajniejszej imprezy w życiu Pyszczków dostępne są tu, ale trzeba mieć nadzieję, że niebawem szanowni goście podrzucą Pyszczkom resztę i wtedy zdjęć będzie więcej.

I na koniec jeszcze: Pyszczki składają wszystkim weselnikom podziękowania za przybycie, prezenty i przede wszystkim przednią zabawę oraz niezapomniane wrażenia! No i liczą, że niebawem, w ramach rozpoczętej właśnie akcji ,, Stop kociej łapie'' następni znajomi się pożenią i imprezę będzie można powtórzyć.

sobota, sierpnia 05, 2006

O fleszu, przyszłości semiotyki i spisku prowajderów i łebmasterów

Im bardziej zbliża się ślub Pyszczków, tym bardziej prawdopodobne, że coś stanie na przeszkodzie w drodze do ich małżeńskiego szczęścia. I nie chodzi tu o żadne rodzinne waśnie, niechlubną przeszłość któregoś z Pyszczków, deszcz, nawałnice, czy skromny posag. Chodzi o spisek prowajderów internetu i łebmasterów przeciwko ludzkości. Chodzi o flesza.

Ostatnimi czasy bowiem, Pyszczki pokłóciły się na śmierć i życie o to, czy flesz obsysa, czy też nie. Gwoli jasnej orientacji w sprawie: J- twierdził, że obsysa, R- twierdził, że nawet jeśli, to i tak J- jest jedyną osobą na świecie, która odróżnia strony we fleszu od stron nie we fleszu.

Rozchodzi się zaś o to, że Pyszczki, przygotowując się do swojej śmiesznej ceremonii i planując tak zwane życie przyszłe, obcują dużo z internetem i, gdzie się nie ruszą, napada ich flesz.

Na przykład, Pyszczki nosiły się z zamiarem, by kupić sobie obrączki - no bo niby ślub, to wypada obrączki mieć. Jakoż Pyszczki wychodzą z założenia, że każde noszenie się z zamiarem należy sfinalizować przy minimalnym wysiłku, postanowiły, że wybiorą sobie te obrączki w internecie a potem pójdą prosto do jakiegoś upatrzonego w sieci jubilera i zakupią - rach, ciach i po krzyku.

Okazało się jednak, że to nie jest takie proste. Każdy szanujący się producent obrączek musi sobie wszakże trzasnąć stronę we fleszu. Ładuje się toto, przy pyszczkowym łączu za 50 złotych w UPC, jakieś czterdzieści parę sekund, a do tego trzeba pamiętać, żeby włączyć w Operze odpowiednie fleszowe wtyczki (z przyczyn ideologicznych - domyślnie wyłączone). Potem, jak już się załaduje, trzeba odszukać we fleszowym buszu kultury obrazkowej jakiś obrazek i cenę obrączki, która by Pyszczki satysfakcjonowała. Normalny Pyszczek używa więc odpowiedniej funkcji googla i wpisuje ''site:dajmy na to, www.wkruk.pl obrączki klasyczne''. Ale, że cwany łebmaster polskich jubilerów trzasnął stronę kruka we fleszu, google nie łapie oczywiście rekordów. Bo flesz googlowi też jest - trzeba wiedzieć - wrogi ideologicznie. J-Pyszczek musi więc sam sobie, metodą chybił trafił, poszukać obrączek i się strasznie wkurza, bo albo menu się szpanersko rozwija przez pół minuty, albo obrazek z obrączką jest taki tyci tyci, że nic nie widać, a nie da się powiększyć, bo przecież flesz, i jeszcze do tego nie działa wstecz ani odśwież. A droga do obrazka obrączki to średnio jakieś 25 kliknięć, przerywanych wkurzającą animacją z napisem ,,loading - please wait.''

-Trudno więc - pomyślały Pyszczki, - skoro nie da się przez intenet, no to trzeba będzie poszukać fizycznie - i w drodze z makdonalda do kina wstąpiły do jubilera Argentum na Świętokrzyskiej (mogą go szczerze polecić, bo zrobił obrączki w dwa dni) i tam też, nie narażając się na żadnego flesza, obrączki zakupiły.

Następnego dnia R- i J-Pyszczek spotkały się w parku, po pracy R-Pyszczka, żeby - zgodnie z poradnikami dla narzeczonych - pospędzać razem czas. Ławeczka, papierosek, cyrki J-Pyszczka, że gołębie chodzą za blisko, i nagle R-Pyszczek, ni stąd, ni zowąd, powiedział, że w Babilonie mówią, że teraz w marketingu modna jest semiotyka i że jest nawet we Wrocławiu taka firma, co robi w branży semiotycznej. W pierwszym odruchu Pyszczki chwyciły za swoje komórki z super hiper extra operetkami, żeby tych semiotyków z Wrocławia wygooglować. Ale i tym razem, kłodę pod nogi Pyszczkom rzucili spiskowcy spod znaku flesza: flesz.

Okazało się bowiem, że semiotycy z Wrocławia, dokładnie rzecz biorąc Semiotic Solutions Polska, trzasnęli sobie stronę we fleszu i żadna szanująca się Nokia za złotówkę plus vat, choćby miała tysiąc operetek na sobie, semiotyki.pl nie otworzy.

Wtedy Pyszczki wróciły do domu i tam dopiero zrobiły mały risercz marketingu semiotycznego. Przedstawia się to tak, że semiotyka jest obecnymi czasy istotnie trendi. Na rynku funkcjonuje kilka agencji semiotycznych (wszystkie ze stronami we fleszu), które zajmują się znajdowaniem głebokich insightów konsumenckich, mogących być podstawą dla prawdziwej innowacji, poprzez odkrywanie kodów kulturowych. Ściema po maksie, Pelcowi pewno włosy stają dęba - już nie wspominając, co dzieje się z włosami OjcaDyrektora.

J-Pyszczka uderzyło w marketingu semiotycznym przede wszystkim to, że ściemniany jego charakter podkreśla nawet niskie sense/byte ratio ichnich stron www - znaczy się ilość sensu przypadająca na każdy zdałnlołdowany kilobajt strony (J-Pyszczek sam ten wskaźnik wymyślił!) Na przykład, na semiotyce.pl, zamiast krókiego treściwego opisu działalności i relewantnych case studies, znajduje się jebutna ruszająca się i gadająca cebula, po której łażą różne ludki, a, co gorsza, jak się najedzie kursorem na link, to ludki krzyczą: "cebule sprzedaję!" U innych semiotyków, ale już takich bardziej światowych, bo w końcu warsiawskich, na stronie RSCG, widnieje za to wielki wektorowy obrazek z bilbordem, a jak J-Pyszczek chciał się dowiedzieć, kto tam u tych semiotyków robi i nakliknął na link ''ludzie'' pokazała mu się dynamiczna układanka w stylu super-pamięć i komunikat, że jak chce się czegokolwiek dowiedzieć, to musi znaleźć dwa identyczne obrazki.

J-Pyszczek strasznie się znowu wkurzał, że tak się ta moda na flesz rozpleniła, a R-Pyszczek bezczelnie stwierdził, że flesz nie jest nawet taki zły, bo niskie sense/byte ratio rekompensują dodatkowe wrażenia etstetyczne. Wtedy J- powiedział, że nikt normalny nie szuka w sieci wrażeń estetycznych, a treściwych informacji, dodatkowo takich, co je google archwizuje i co je można wyszukiwać. Wtedy R- zaoponował i powiedział J-Pyszczkowi, że tak naprawdę, to prawie nikt nie jest świadom tego, czym się różnią strony we fleszu od stron bez flesza i że J-Pyszczek przesadza z narzekaniem na głupich łebmasterów i wymyślaniem spisku (bo spisek jest zdaniem J-Pyszczka taki: prowajderzy dogadali się z łebmasterami, żeby ci robili jak najjebutniejsze strony, żeby klienci musieli kupować droższe i bardziej przepustowe łącza).

J-Pyszczek w ogóle nie wierzy, że można nie odróżniać, że można świadomie, nie uczestnicząc w żadnym spisku, takie strony zamieszczać w sieci i jeszcze, że można uważać, że flesz świadczy o kreatywności i profesjonalizmie. O ile jubilerom można flesz wybaczyć, bo to w końcu profesja niewymagająca większego sprytu, o tyle semiotykom przydałby się głęboki insight kodów rezydualnych w sieci i współpraca z kognitywistami, żeby dojść do błyskotliwego wniosku, że najabrdziej cenioną wartością strony w sieci jest czytelność.

W ramach przestrogi, J-Pyszczek zamieszcza poniżej linki do najbeznadziejniejszych stron we fleszu, na które natknął się w toku przygotowań do ślubu i tak zwanego życia:
Jubilerzy

Buty:
Ciuchy:
Marketing, reklama, badania rynku:

O gościach na pyszczkowym ślubie

Odkąd Pyszczki rozesłały swoim ślubnym gościom papierowe lux zaproszenia, systematycznie narastają w nich istotne obawy. I nie chodzi tu o obawy w rodzaju, czy w ogóle się żenić, czy ten R-Pyszczek to dobra partia, czy ten J-Pyszczek to trafny wybór, albo co jeżeli się Pyszczki przed ślubem pokłócą. Nic z tych rzeczy. W Pyszczkach narasta obawa, że nie przyjdą im na tę ich imprezę goście.

W R-Pyszczku to może nawet aż tak nie narasta, bo R- jest przecież niezmiernie odważny i na ogół niczego się nie obawia, ale J-Pyszczkowi tak narosło, że aż mu się dzisiaj przyśniło. Fabuła przyśnienia, z grubsza to ujmując, streszczała się następująco: Pyszczki stroją się przed ceremoniami, jadą sobie do ułesce taksówą, wysiadają i okazuje się, że nikt na nich nie czeka. No to wchodzą do ułesce, patrzą, a tam tylko świecki urzędnik państwowy, rzowiązuje krzyżówki z ,,Naj'' i oświadcza Pyszczkom, że jeżeli nie ma gości, to on nie może ich zawrzeć w związek małżeński. Wtedy J-Pyszczek się cały wkurza, aż w końcu się budzi.

Przyśnienie J-Pyszczka było rzecz jasna bardzo niewspółmierne z tym, jak jest naprawdę, bo część zaproszonych gości już potwierdziła swoje przybycie i nie zapowiada się, by mieli się jakoś rakiem wymigiwać. Ale reszta pewnie myśli sobie tak, mniej więcej: kurcze, impreza daleko, gdzieś na jakichś ziemiach odzyskanych, nie wiadomo kto będzie, czy będzie się z kim napić, czy w ogóle będzie się czego napić, jaka będzie średnia wieku, gdzie tam w ogóle spać... No, niby to Pyszczki, zaprosili, to wypada pojechać, ale zawsze można coś naściemniać, w końcu pewno jeszcze nie raz się będą żenić, może będą wtedy mieli fajniejszych znajomych jakichś, takich, co ich znam,... i tak dalej, w ten deseń. J-Pyszczek jest głęboko przekonany, że taki schemat myślenia jest typowy, bo gdyby jego, J-Pyszczka, jakieś inne pyszczki zaprosiły na swój ślub, to J- na pewno by właśnie w ten sposób sobie myślał.

Toteż Pyszczki wydumały, że można by na internecie zapodać listę wszystkich zaproszonych gości, żeby ci, którzy się wahają, mogli się zorientować, czy w ogóle przybyć warto (oraz - że przybyć warto!). Jedyny niuans tkwi w tym, że nie wypada zapodawać listy po nazwiskach, bo wtedy google będzie wyrzucał konkretne persony w kontekście Hot-Pyszczków, czego nie każdy mógłby sobie życzyć (J-Pyszczek na przykład by sobie nie życzył, gdyby nie był Pyszczkiem oczywiście). Zatem Pyszczki postanowiły listę trochę zakamuflować, jednocześnie umożliwiając dostateczne zorientowanie.

Lista gości zaproszonych jest więc taka:

  1. Mareczek - przybędzie
  2. Rudobrody - przybędzie
  3. Ania
  4. Agnieszka - przybędzie
  5. Maria Magdalena - przybędzie
  6. Kazik i Karolina - przybędą
  7. N- i K-pax - NIE przybędą
  8. Piotr - przybędzie
  9. Konrad
  10. Pryncypał
  11. Koss
  12. Ola - przybędzie
  13. Mariusz - przybędzie
  14. Maciek - chyba NIE przybędzie
  15. Zubil - przybędzie
  16. Lama - NIE przybędzie
  17. Gosia Pawelec - przybędzie
  18. Aliena
  19. Pankrac - przybędzie
  20. Amelka - rzecz jasna, przybędzie
Lista ma zamiar się uaktualniać wraz z napływającymi potwierdzeniami przybycia i nieprzybycia. Do tzw. gości extrafamilijnych doliczyć trzeba dwudziestkę gości intrafamilinych, których Pyszczki pozwoliły sobie tutaj nie wymieniać (za wyjątkiem Amelki, która może stanowić istotną atrakcję). Przewiduje się imprezę z dużą ilością żarełka, piwa i wina w centrum Szczecina, bez mocnych alkoholi, kapeli z jamahą, białej sukienki, oczepin, poprawin i innych głupich zabaw. Ma być za to jakaś sensowna muzyczka, co by można było się pobawić na skacząco. W roli wodzirejów wystąpić zaś mają sam Wielki Człowiek ze Szczecina i TataR-Pyszczka.

A na zakończenie trzeba jeszcze przyznać kredyt R-Pyszczkowi, bo, ucząc się dżawaskryptu, zrobił na bloga takie ładne menu z boku, że można zwijać i rozwijać i nie trzeba scrollować na sam dół.

wtorek, sierpnia 01, 2006

O hotelu dla gości na pyszczkowym ślubie - z ostatniej chwili

W ostatnich kilku minutach nadeszła do J-Pyszczka wiadomość, że centrum logistyki pyszczkowego ślubu oferuje gościom hotel na czas ceremonii. Toteż nie należy się martwić, że się nie będzie miało gdzie spać, a nawet jeśli się będzie miało, to trzeba będzie dużo wybulić. Pokoje są 2-osobowe z łazienkami, z wodą, dziewczynki z dziewczynkami, chłopcy z chłopcami (jak na Seminarium Filozofii Nauki we Lwowie). Centrum Logistyki pokrywa koszty.

czwartek, lipca 27, 2006

O tym, że żony domowe mogą spędzać czas płodnie i o dwóch nowych zabawkach J-Pyszczka

Siostra J-Pyszczka, skręciwszy z gracją kostkę na ostatnim schodku prowadzącym do pyszczkowej norki, pojechała w poniedziałek na południe, tym samym kładąc kres przymusowi wcielania się J-Pyszczka w rolę brainwash sister. Zostało więc J-Pyszczkowi poświęcić całą swoją energię na odgrywanie żony domowej.

Żony domowe, jak wiadomo, konsumują swój cenny czas wykonując na ogół czynności skrajnie nierozwijające i pracochłonne. Na przykład, pastują podłogi (co w efekcie grozi poślizgiem), piorą firany (czego efektów nie widać), wycierają kurze magiczną szmatką zeptera (co jest picem na wodę), prasują skarpetki (co tylko utrudnia ich zmięcie), krochmalą pościel (co sprawia, że śpi się niewygodnie), obierają przed obiadem ziemniaki (co demoralizuje, bo każdy powinien sobie sam je obierać) albo usuwają osad i kamień z kranów (co wprawdzie daje widoczny efekt, niczego nie utrudnia i nie demoralizuje, ale niszczy paznokcie). Nic zresztą dziwnego, że żony domowe poświęcają się takim duperelom, skoro taką wizją dbania o ognisko domowe karmi kobiety TiVi i prasa specjalistyczna z gatunku Pani Domu. Całe szczęście, wraz z nastaniem epoki Web 2.0, pojawił się nowy archetyp żony domowej, nie mniej bezpłodny praktycznie, ale w jakimś tam nikłym stopniu, płodniejszy epistemicznie.

Matki Polki Web 2.0 zajmują się bowiem tak wyrafinowanymi duperelami, o jakich Matkom Polkom Tradycyjnym nawet się nie śniło. Trenują na przykład zdolności empatyczne, wcielając się w swoje pociechy i prowadząc blogi w ich imieniu (vide blog martynki, blog innej martynki). Idea jest taka, że Matka Polka opisuje w pierwszej osobie (na ogół liczby pojedynczej, choć zdarzają się odstępstwa) każdy dzień swojego dziecka, zdrabniając 80 procent rzeczowników (witamy na stronce, nastał dzionek, tatuś pojechał autkiem do pracki, mamusia przegląda blogaski, pociągnąłem z cycusia, wypiłem mleczusio, nastała nocka, pozdrowionka dla wszystkich smykasków, do widzonka), robiąc błędy ortograficzne i łamiąc zasady logiki obrazowania realistycznego (,,siedzę teraz w kojcu i grzebię obiema rączkami w ząbkach'' - a czym piszesz, o smykasku, teraz wpisik na blogaska, skoro obie rączki zajęte a komputerka w kojcu brak?). Tu i ówdzie Matka Polka Web 2.0 wkleja animowane gify z gatunku brokatowy Miki, albo brokatowy Kubuś. Gdy blog jest gotowy, inne Matki Polki Web 2.0 składają wizytę i zostawiają komentarze. Ilości komentarzy na blogach serwisu smyki.pl mogą pozazdrościć sami Top10 bloggerzy z wordpressa. Ich treści jednak już nie: ,,Buziaczki i zapraszam na naszego blogaska'' albo ,,my już spimy, zaśnijcie więc i wy - dobranoc z naszej stroneczki''. I takich po kilkaset.

J-Pyszczek natknął się na smykolandię przypadkiem, zobaczył kilka takich ruszających się blogów, pomyślał, że jak dobrze, że Mama J-Pyszczka nie miała nawet możliwości zrobienia mu takiego obciachu (wyobraźmy sobie, że w sieci byłby dostępny blog Smyka J-Pyszczka sprzed 20 lat...), docenił stronę Iwosia (synka kolegi z klasy J-Pyszczka, który jako pierwszy spłodził potomstwo) i pozazdrościł, że Smyki mają tyle komentarzy, a J-Pyszczek w porywach dochodzi do czterech.

I wtedy to właśnie, tuż po pozazdroszczeniu, J-Pyszczek przypomniał sobie, że dostał przecież magiczny kod od Googla, który daje mu dostęp do najfajniejszej zabawki pod słońcem, a mianowicie Analyticsa.

Google Analytics jest gigantycznym googlowym narzędziem do analizowania swojej strony internetowej. Oczywiście, jak wszystko od googla, jest darmowy, pałerfulny, wielozadaniowy, robiący wrażenie i kiepsko chodzi pod Operą (której to apostolstwo J-Pyszczek uprawia skutecznie, bo zaraził nią nawet R-pyszczka). Żeby mieć analyticsa na swojej stronie, trzeba zapisać się do googla do kolejki po magiczny kod. Po kilku dniach lub tygodniach dostaje się taki kod, rejestruje, i wkleja odpowiednie javascriptowe znaczki na swoją stroną (jeżeli Wielki Człowiek ze Szczecina chce to mieć, to niech najlepiej poprosi Amelkę o pomoc). Potem, przez kilkadziesiąt godzin google zbiera dane i jak ruszy z kopyta, to zaczyna wyświetlać niesamowite statystyki.
Na przykład:
-- śledzi ścieżki po jakich poruszają się goście strony
-- pokazuje ile kliknięć miał każdy link
-- wyświetla cudne mapki świata z pozaznaczanymi geolokacjami gości
-- pokazuje z jakich podstron najczęściej wychodzą goście (gdzie się zaczynają nudzić)
-- jakie pliki ściągają i ile razy
-- robi ładne diagramy ciasteczkowe ze względu na różniste parametry (platformy, rozdzielczości ekranu, dostawcę internetowego, wpisane słowa kluczowe w wyszukiwarce, odnośniki, z których weszli goście).
Generalnie, Analytics robi wszystko to, co robi np. Stat4u plus dużo dużo więcej i bardziej szczegółowo, do tego w dość przejrzystej i kolorowej szacie graficznej.

J-Pyszczek, jako stworzenie obdarzone instyktami charakterystycznymi dla samiczek, może z całego serca polecić Analyticsa tym wszystkim, którzy lubią kolorki, wykresy, diagramy, cyferki, klocki Lego starego typu i gadżety googla.

Analytics jest pierwszą zabawką J-Pyszczka, która sprawia, że J- się nie nudzi w domu. Drugą zabawką jest Pajek (w zestawie z Filozofią Nauki). Otóż J-Pyszczek robi badania sieci społecznej, jaka się ukonstytuuje, jak się wklepie do komputera kto kogo w Filozofii Nauki cytuje. Pajek jest programem służącym do wizualizacji sieci społecznych, a sieci cytowań w polskiej filozofii w szczególności. J-Pyszczek, czekając aż Analytics zbierze więcej danych na temat Hot-Pyszczków, bawi się więc Pajekiem i rysuje niesamowite po prostu grafy, z których wyciąga potem bardzo daleko idące wnioski. Ostatnio na przykład wyciągnął wniosek, że najmniejszy Impact Factor pośród wszystkich cytowanych autorów FN ma Mariusz Grygianiec (z całym szacunkiem - tak wychodzi z danych za ostatni rok), a największy ma Roman Ingarden (bo nic nowego, nie wiedzieć czemu, ostatnimi czasy nie opublikował, a jest na razie najczęściej cytowany). Z Ingardenem o pierwszą pozycję walczy Kazimierz Ajdukiewicz i OjciecDyrektor (jednak jest coś w tej marce ostatniego żyjącego przedstawiciela SL-W).
Póki co, z racji niepełnych danych do ostatecznej wizualizacji, J-Pyszczek nie podaje wszystkich wyników, bo mogłyby jeszcze kogoś niechcący skrzywdzić (lub niesłusznie podlansować), ale w ramach zagadki umieszcza obrazek z zadaniem: przyporządkuj odpowiednie nazwisko polskiego filozofa do odpowiedniej kropki.

I niechaj to będzie dowód na to, że J-Pyszczek, nawet wcielając się w rolę Żony Domowej, spędza czas płodnie.

czwartek, lipca 20, 2006

O tym, jak J-Pyszczek wciela się w stosowne role

Jest taki czas w życiu każdego Pyszczka, że, z przyczyn mniej i bardziej obiektywnych, mniej i bardziej od jego własnej woli zależnych, musi wcielić się w tak zwaną stosowną rolę. Stosowne role J-Pyszczka bywają rodzaju familijno-klasycznego, np. córa tatula, czyli obiekt, któremu można nadawać na matkę, mom's supportive daughter, czyli obiekt, któremu można nadawać na ojca, i starsza siora, czyli obiekt, któremu można nadawać na starych. Bywają też role typu zawodowo-tradycyjnego (np. podopieczna OjcaDyrektora, czy mishka typica) oraz towarzysko-ponowoczesnego (koleżanka-co-to-nie-ja i czego-to-ja-nie-zrobię-babe). Ostatnimi dniami do repertuaru ról stosownych doszły jednak dwie nowe: typu tymczasowo-staropatriarchalnego, wakacyjna żona domowa, i socjotechniczno-iterwencjonistycznego, brainwash sister.

Rozchodzi się mianowicie o to, że R-Pyszczek poszedł stażować do Babilonu, żeby się posamorealizować (jakkolwiek nieprzywoicie to brzmi), zdobyć wpis do cefałki i zarobić na laptopa. Wygląda to tak, że R-Pyszczek wstaje z wróblami, o 6.oo, idzie po gazety do kiosku, przy pomocy których to Pyszczki odbębniają pierwszą fuchę (przepisują z gazet nagłówki, J-Pyszczek też to robi). Potem jedzie do Babilonu na Żoliborz, w południe pisze do J-Pyszczka na gtalku, żeby mu uprać koszulę, wraca o 19, je cuś nie cuś i zapada w sen popołudniowy. W związku więc z tym, że się tak R-Pyszczkowi zmienił behawior, J- sprowadził sobie do stolicy Siostrę i, konsekwentnie wywiązując się z obowiązków wakacyjnej żony domowej, wciela się jeszcze w rolę brainwash sister.

A trzeba wiedzieć, że obie role wymagają niemałej pracy koncepcyjnej. Żona domowa mianowicie musi obmyślać za dnia sporo spraw: w jakim kubku zrobić rano R-Pyszczkowi kawę, co R-Pyszczek zje na obiad, co kupić w jakim sklepie, żeby przyrządzić R-Pyszczkowi krzepiący posiłek dla prawdziwego mężczyzny, jakie atrakcje zorganizować Dziecku (w przypadku J-Pyszczka -- sprowadzonej Siostrze), żeby się nie nudziło, i jak zrelaksować R-Pyszczka wieczorem, żeby mu się zakodowały właściwe postawy propozycjonalne i żeby chciał zarabiać kiedyś dużo pieniążków.

Brainwash sister za to musi przede wszystkim inwigilować i indoktrynować. W trakcie organizowania atrakcji podejmuje więc drażliwe tematy i wywiaduje się, jakież to postawy wobec spraw istotnych wykazuje Siostra. Następnie sortuje owe postawy na prawidłowe, zgodne z J-Pyszczka wizją swojej Siostry, i nieprawidłowe, czyli wywrotowe, irraconalne i z ową wizją niezgodne. Siostra wykazuje trochę mocno ugruntowanych postaw nieprawidłowych, na przykład wobec swoich Starych, i kilka postaw prawidłowych, na przykład wobec oilmpiady filozoficznej, aczkolwiek ugruntowanych w intelektualnym bagienku.

J-Pyszczek, posortowawszy więc postawy Siostry na do pielęgnacji i do wymiany, stwarza odpowiednie okoliczności, miłe i przyjemne, i Siostrę należycie nastawia. Jeżeli siostra daje sie nastawić, dostaje nagrodę, na przykład piwo albo zostaje zaprowadzona do księgarni. Jeżeli jest oporna (co się jeszcze nie zdarzyło, bo Siostra jest jeszcze niestety bardzo plastyczna), zostaje ukarana przymusem siedzenia wieczorem w kuchni.

J-Pyszczek, wcielając się w role stosowne, realizuje więc konserwatywny model kobiety. No bo tak: jak zarabia, to malutko i wykonując pracę niewymagającą specjalnego sprytu, jak zajmuje się chłopem to jak świętą krową, a jak Dzieckiem (Siostrą), to tak, żeby nie było cienia szansy, że zejdzie na złą drogę. Jarosław byłby z J-Pyszczka dumny. Ale R-Pyszczek mówi, że J- wcale nie realizuje żadnego modelu, tylko Siostrę upupia, co może jest i prawdą, ale znudzonej żonie domowej sprawia dużo radochy.