Od kilku dni J- nosi się z zamiarem napisania noteczki na swojego różowego SŁIIIT blogaska, po pierwsze, bo idą wybory, których otoczka beletrystyczna sukcesywnie napełnia J-a goryczą, a po drugie, bo Pyszczkom wzrósł Human Development Index (taki ONZ-owski indeks, co, mierzy dobrobyt, jak komuś się nie chce na wikipedii sprawdzać). Dzisiaj Pyszczki w związku z tym starły się w małym sporku: czy J- powinien napisać o nowych mebelkach z ikejki i jeżdżeniu ałtkiem po mieście stołecznym, czy też powinien raczej poubolewać nad brakiem reprezentacji politycznej Pyszczków, na którą to Pyszczki mogłyby ewentualnie zagłosować. R- twierdził oczywiście, że nikogo nie interesują bolączki polityczno-społeczne J-Pyszczka, a mebelki z ikejki, ałtko, nowe przepisy kulinarne - owszem. J- wierzy jednak, że nie samym dobrobytem człowiek (pardon, pyszczek) żyje i wpadł na genialny (jak zwykle!) pomysł, by połączyć oba tematy.
Pierwsza kwestia jest więc taka, że Pyszczki mają teraz dobrobyt, że hej! Nie bez kozery w końcu R- zasuwał na tym Zachodzie przez wakacje. Mieszkają tam, gdzie kiedyś - w mega super hiper kawalerce przy Łazienkach. Urządziły ją sobie mebelkami i akcesoriami z ikejki - kuchnię na niebiesko-czarno-stalowo, pokój na czerwono-zielono-pomarańczowo-żółto-różowo (znaczy, na kolorowo, po prostu), wuce na sraczkowato (w sumie, to nie było czego urządzać), a w łazience powiesiły zasłonkę prysznicową z Simpsonami w skali 1:1. Musiały również kupić nowe regały, bo okazało się, że zwiększył się im księgozbiór. Teraz jest to już 12 metrów bieżących grzbietów książek. Z tego:
2,4 metra filozofii,
1,6 metra informatyki,
1,4 psychologii ewolucyjnej, lingwistyki i kognitywistyki,
1,1 metra socjologii i historii,
40 cm literatury prawicowo-konserwatywnej J-Pyszczka.
Reszta to beletrystyka, podręczniki i semperki (zeszyciki kfazinaukowe wydane nakładem wydawnictwa semper).
Najfaniejszą zabawą było oczywiście układanie książek tak, żeby ostateczny układ odzwierciedlał hierarchię wartości intelektualnych Pyszczków. I tak, filozofia powędrowała na najniższe półki, ustępując miejsca ,,Księżom wobec bezpieki'', ,,Tajnej policji przy robocie'' i ich przyjaciołom. ,,Spór o granice języka'' został postawiony obok postmodernistów (wyjdzie wszystkim na zdrowie), a centralne miejsce zajęła brązowa seria Klasyka Informatyki z WNT. Jest też półka-ołtarzyk, na której stoją Culinaria Europy, cały Umberto Eco, Lewis Caroll, Themerson i Barańczak. Do tej półki należy podchodzić z szacunkiem i nabożeństwem.
Pełna biblioteczka potęguje dobrobyt, ale co dopiero ałtko! Otóż Pyszczki dostały je w postślubnym prezencie i śmigają nim po całej stolycy. Ałtko ma swoje plusy: można nim zajechać w niedzielę jak porządna polska rodzina do CeHa Arkadia, do Sadyba Bestmol, albo do Ikejki, Janki, Marki, gdzie dusza zapragnie. Dzięki takiemu jeżdżeniu Pyszczki zwracają teraz więcej uwagi na stan tak zwanych dróg polskich - i teraz będą mogły z Mareczkiem na przykład wymieniać się doświadczeniami w kwestii dziur i kolein. Zatem kolejny plus: nowe tematy do dyskusji. Swoją drogą, J- już słyszy te dyskusje: a widziałeś ten rozje**ny asfalt przy zjeździe na Modlińską? A na trzecich światłach na Witosa licząc od Czerniakowskiej, stary, tam to jest, k***a, studzienka na pół metra!
Minus ałtka pierwszy jest taki, że ssie paliwko, a paliwko kosztuje. A drugi, że J-, prowadząc, stresuje się, że nie jest perfekcyjną kierownicą. Całe szczęście, ałtko ma wsiową rejestrację ze Stargardu Szczecińskiego, i dlatego jak J- się uśmiechnie i pomacha rączką, to ci niewsiowi dają mu taryfę ulgową.
Ogólnie biorąc rzecz, Pyszczki żyją teraz w strasznym dobrobycie, aż głupio się chwalić. I teraz wkracza na scenę temat drugi: jaka polityczna formacja będzie reprezentować interesy Pyszczków? To już nie jest, proszę Szanownych Państwa, wcale śmieszne pytanie. Zwłaszcza - w obliczu zbliżającej się parodii demokracji pt. wybory parlamentarne 2007.
Pyszczki zawsze mówiły, że jak co do czego, to będą głosować na Korwina. No bo skoro Polandia przeżyła PiS, to z UPRem nie powinna mieć problemów. Wszak więcej się zpesuć nie da - czemu więc nie dac szansy? Ale odkąd wiadomo, że Korwini się zblokowali z Gietychowem, startują z list LPR, Pyszczki trzymają się za głowy, pękając ze śmiechu, jak Giertychy mówią, że Liga jest partią kapitalistyczną. Z becikowym na sztandarach.
UPR odpada więc, bo jest niepoważna - lekceważy zupełnie swój żelazny elektorat liberałów na rzecz mandatów uzykanych dzięki kato-oszołomom. Korwinom dziekują więc Pyszczki.
Platformersi odpadają, bo jeśli czyjekolwiek interesy reprezentują, to tylko sepleniących: aby żższiło sie lepiej. Wszzyssthkim - mówi Donald. Poza tym, kampania czysto negatywna, jaką platformersi uprawiają, daje do myślenia: czyżby nie mieli żadnych konstruktywnych pomysłów? Takim Pyszczki nie ufają.
Do wyboru stają też podobno baby, Manuela Gretkowska i spółka. Fajnie, J- czytał kiedyś jej powieść o kobiecie z dwiema łechtaczkami, która czekała, aż, za przeproszeniem, zerżnie ją (język autorki, a nie J-a) kangur. Nagie plakaty wyborcze też wiele mówią o profesjonalizmie kandydatek. Zaś hasło kampanii zrobiły se laski na miarę Kononowicza. Ten chciał, żeby nie było niczego. Partia Kobiet chce wszystkiego - dla przyszłości. R.E.S.T.E.K.P.A. za blond-podejście do kwestii.
Lechu mówi, że trzeba głosować na Witosa. Na PSL, znaczy. Są w tym pewne racje: Pawlak używa Linuksa, propaguje open source, prowadzi całkiem sensowną stronę. Nie skompromitował się jeszcze - nie kolaboruje z lepperami, jak podobno chce ten komuch Miller, nie wszedł w koalicję z PiSem... Z drugiej strony, czy interesy Pyszczków na pewno najlepiej będzie reprezentować partia chłopska???
czwartek, września 20, 2007
O dobrobycie, ałtku i przedwyborczych rozterkach
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
01:49
5
comments
piątek, sierpnia 17, 2007
O tym, jak strasznie jest w Holandii
R-Pyszczek, wiadomo, spędza tegoroczne wakacje pracując ciężko na tak zwanym Zachodzie. Pracuje wprawdzie na cefałkę, a nie na chleb, dom, dzieci, psy, samochody, ale nie znaczy to bynajmniej, że R-Pyszczek ma w tej swojej Hadze życie jak w Madrycie. O nie! J- to wie, bo spędza właśnie u R-a jeden wakacyjny tydzień.
W trakcie tego tygodnia R- oczywiście chodzi do pracy. Praca jest straszna, ponieważ zaczyna się o dziewiątej rano a kończy o osiemnastej. Osiem godzin plus przerwa na lancz. R-Pyszczek musi w związku z pracą wstawać o ósmej rano (stęk..), pościelić kanapę (stęk..) i chodzić na autobus, z którego przesiada się potem na tramwaj, żeby w czterdzieści minut (stęk...) dojechać do biura. Tak długo, bo R-Pyszczek mieszka na najprawdziwszych na świecie suburbiach. Zajmuje pokoik w domku szeregowym (w Holandii nie ma innych domków, dom wolnostojący jest instytucją nieznaną), na parterze, z oknem na ulicę, po której nic nie jeździ, i na pelargonie, które codziennie podlewają opiekunowie domu.
Na suburbiach jest okropnie poprawnie. Wszyscy przechodnie mówią sobie hujemiddah (dzień dobry), niezależnie od tego, czy się znają, czy nie. Rowerzyści mają miny, jakby nażarli się prozaku, a psy nie robią kup. Koty wolnochodzące mają obroże, a zabudowa przypomina domek Lotty z ulicy Awanturników z Miasteczka Astrid Lindgren.
Jeszcze straszniejszy jest sam dom (guzik, żaden dom - kurnik), w którym mieszka R-. Dom jest wynajmowany czterem osobom. Każdy ma swój pokój, natomiast kuchnia i łazienka są dzielone. Zgodnie z prawem holenderskim, które przewiduje jakieś niesamowite przywileje dla najemców zamieszkujących lokal dłużej niż 6 miesięcy, dom jest wynajmowany lokatorom tylko na krótsze-niż-półroczne okresy. Domem opiekują się dwie starsze osoby, biały starszy pan i biała starsza pani, zatrudnione specjalnie przez białe starsze małżeństwo właścicieli domu. Dodajmy, że cała czwórka mieszka w pobliżu domu. Biały starszy pan, na oko siedemdziesięciolatek, jest odpowiedzialny za router bezprzewodowy, który biali starsi ludzie trzymają zamknięty na strychu, żeby nikt nie ukradł. Kiedy router się zawiesza, biały starszy pan przychodzi go zrestartować. Dodajmy, że tylko on może restartować router, ponieważ jest za niego odpowiedzialny. W tym celu biały starszy pan wdrapuje się na strych, otwiera kluczem drzwi do pokoju z routerem i odłącza go do prądu. R- wymyślił lepszy sposób restartowania routera. Wchodzi spod przeglądarki na interfejs routera (który, a jakże, jest niczym niezabezpieczony) i po prostu klika ,,reset''.
Oprócz internetu, do zakresu kompetencji białego starszego pana należy też mycie od zewnątrz okien R-Pyszczka, aby się błyszczały i było przez nie widać (mimo że R- w ogóle ich nie odsłania) oraz mycie zlewu kuchennego i chowanie gąbek i myjek do szafki. Na holenderskich przedmieściach, jak się bowiem okazuje, zostawienie na zlewie wyciśniętej myjki jest istnym faux pas. Myjkę/gąbkę/cokolwiek wilgotne należy schować do szafki, jak poucza holenderski know-how, aby tam stęchło spokojnie w ukryciu, zamiast suszyć się na widoku.
Biała starsza pani, która współopiekuje się domem, jest odpowiedzialna za pralkę. Otóż pod schodami stoi pralka, z której mogą korzystać lokatorzy domu. Aby jednak z niej skorzystać, lokator musi wcześniej zadzwonić i się umówić na prąd. Chodzi bowiem o to, aby lokatorowi potrącić za pranie dziesięć euro. A jak najłatwiej skontrolować, czy lokator zrobił pranie? Należy odłaczyć od pralki prąd i pobierać opłatę za każdorazowe włączenie. Prąd od pralki włącza się na zamkniętym strychu (tam, gdzie stoi router), dzięki czemu żaden niepożądany, nieuczciwy lokator nie może sobie pozwolić na praniową samowolę.
Biała starsza pani opiekuje sie też mikroskopjinym ogródkiem na tyłach domu. Ogródek jest odpicowany jak cholera - stoją w nim gipsowe kaczki, doniczki z ziołami, ławeczka, krasnale, bógwieco. Ogródka z ulicy nie widać - widać go tylko z okien sąsiadów. Oczywiście, do ogródka NIE można wchodzić, jak się jest lokatorem - wchodzić tam może tylko biała starsza pani i biały starszy pan.
Czego jeszcze nie można? Zostawiać jedzenia poza lodówką - nieważne, że jest zamknięte w garnku, apetyczne i nie śmierdzi. 100% szans, że biały starszy pan takie jedzenie wstawi w całym garze z pokrywką do grubego worka na śmieci i postawi w schowku na pralkę - trudno pytać, w jakim celu...
Nie można też używać łazienki po 22, ponieważ nie, i spuszczać klapy od sedesu - ponieważ jest przykręcona (celowo) do ściany. Bógjeden wie po co.
Na podstawie obserwacji samych tylko suburbiów J- ma już miliony argumentów na poparcie tezy, że R- jest w tej całej Holandii strasznie biedny i że ma jak najzdrowsze powody, aby odczuwać nieszczęście. W porównaniu z Belgią...
Tam trzymało się router na korytarzu - i nikt nie kradł, można było siedzieć w ogródku, za małe pranie płaciło się 4 euro (za dwunastokilogramowe - 8), psy robiły kupy, na murach stało wielkie graffiti "vuur en vlamen voor de staat", a czarne dizajnerskie ziomy grały pod Pyszczków domem w kosza w rytmie teknobałnsu puszczanego z otwartego samochodu.
Pyszczki strasznie tęsknią za Belgią, tą oazą normalności...
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
19:58
4
comments
Labels: holandia, mieszkanie, obyczaje
piątek, sierpnia 03, 2007
O Lobby, czyli porcja memetycznego intruzerstwa
Jak wiadomo, IV Rzeczpospolitą rządzi układ, a na układ składają się rozmaite lobby. Najbardziej znane, w których wpływy trudno wątpić, to lobby żydowskie i lobby eurosocjalistyczne, o czym pouczają nas wielcy tego świata, Stanisław Michalkiewicz, Janusz Korwin-Mikke i ojciec Rydzyk. Ciut mniej znaczące, ale też prężne, są lobby ekologów (finansowane przez alterglobalistów) i lobby alterglobalistów (finansowane przez globalne korporacje). Ale jest również inne lobby, niemniej potężne, które J-Pyszczek odkrył i do którego zrazu się zapisał. Lobby Biuściastych.
Lobby Biuściastych to grupa kobiet, które, jak twierdzi R-Pyszczek, ,,mają obsesję na punkcie swoich cycków''. Można się poczuć obrażonym, w szczególności będąc J-Pyszczkiem, ale R- od razu asekuracyjnie dodaje: ,,zdrową, dobrą obsesję!''
Motto przewodnie Lobby Biuściastych brzmi: ,,świat nie kończy się na D''. Lobbystki walczą ze smutnym faktem, jak same piszą, że ,,większość Polek nosi źle dobrane staniki''. I trudno się pod ich mission statement nie podpisać, wszak znane są opłakane skutki noszenia źle dobranych staników:
- emigracja piersi (migrują, ba, pod pachy!),
- podjeżdżające na plecy zapięcia widoczne w letnich kreacjach z odkrytymi plecami (mogą zostać rozpięte przez tak zwanego zboczeńca z ulicy),
- obwisłość (przy stanikach z za dużym obwodem pod biustem),
- spłaszczenie (przy stanikach z za małymi miseczkami),
- a nawet multyplikacja piersi (z dwóch na cztery!), gdy miseczka bułkuje górą, a fiszbina przecina wpół!
I nie są to, proszę Państwa, wszystkie straszne skutki! Można sobie poczytać o jeszcze straszniejszych na forum Lobby Biuściastych, J- już poczytał, i jest teraz strasznie w pewnych kwestiach wyedukowany.
Myliłby się jednak ten, kto myśli, że Lobby Biuściastych nie mierzy swoich armat przeciw innym Lobby. Bo mierzy. Przeciw tym wszystkim calzedoniom, intimissimom, H&Mom i innym producentom staników, którzy kończą rozmiarówkę busthalterów na literce D, a zaczynają na obwodzie 75. Przeciw tym wszystkim niedouczonym ekspedientkom, które śmią twierdzić w żywe oczy J-Pyszczka, że C to bardzo duży biust, a ,,F, to się prosze panią wogule nie produkuje''. I mierzy też w lobby kobiet, które ogarnięte popkulturowym uwielbieniem małości nie chcą przełknąć przez gardła swoje, że mają, po prostu, z grubej rury waląc, normalne, zdrowe, duże cycki.
Lobby Biuściastych jest finansowane (tak można sobie mniemać, w końcu każde lobby musi być finansowane przez inne lobby) przez producentów staników ze Zjednoczonego Królestwa. Tam się bowiem, proszę Państwa, produkuje niesamowite staniki z niesamowitymi literkami. Na przykład 32GG, czyli na nasze - 70I. Albo 30H, czyli na nasze - 65J, kosmos. I co straszniejsze, staniki z Królestwa Elżbiety są ładne. Nie mają odczepianych klapek do karmienia niemowląt ani nie przypominają lejców, uzd ani innych końskich osprzętów. Co jeszcze straszniejsze, one nie są kosmicznie drogie. Na brastop.com można kupić przyzwoity komplet bielizny za 20 funtów z wysyłką (która na rubieże zachodnie dotarła w ciągu trzech dni roboczych). Trochę drożej, ale wyśmieniciej, można się zaopatrzyć w sklepie for big boobed women, bravissimo.com.
Jedyny problem z zamawianiem bielizny przez internet jest taki, że nie można jej od razu przymierzyć i trzeba mniej więcej znać swój rozmiar. Ale w tym Lobbystki doradzą i dopomogą, zwłaszcza, że mają nawet swoją pilnie strzeżoną galerię (!) i niesamowity blog z cyklicznym wpisem ,,Biust tygodnia''. Można natomiast zamówione staniki zwracać i wymieniać na inne, z 10-procentową zniżką, bez dodatkowych oplat za przesyłkę. Błyskotliwy właściciel biustu (swojego/cudzego) i konta złotówkowego zauważy, że przy fluktuacji kursu funta można nawet na tym zarobić! Czyli zamówić, gdy funt stoi nisko i wymienić, gdy stoi wysoko.
Na Lobby Biuściastych można więc zrobić interes - jak zawsze, uprawiając zawód lobbysty.
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
01:14
4
comments
środa, lipca 11, 2007
O szukaniu mieszkania da Pyszczków, tropieniu oszukanych numerów i pożytkach z teorii wyuczalności
Co roku w życiu Pyszczków nastaje taki czas, że trzeba poszukać sobie norki na następny rok akademicki. Czas ów wypada z niesamowitą regularnością w miesiącach letnich. Tak było w 2004, kiedy R- znalazł czteropokojówkę na Targówku, tak było w 2005, kiedy Pyszczki obczaiły niesamowitą wręcz jednopokojówkę przy Łazienkach, i tak było w 2006, gdy Pyszczki zamieszkały w altance w Leuven. I teraz właśnie znów wypada okres łowów mieszkaniowych Pyszczków.
J- przyjechał więc do miasta stołecznego poszukać mieszkania. Sam J- niestety, bo R- haruje niebywale ciężko w jakiejś niewiarygodnie zgeeczałej firmie LISPowej w Hadze, całymi dniami programując intensywnie różne strasznie skomplikowane programy. J- myślał, że co to w ogóle za filozofia, znalezienie mieszkania, w końcu Pyszczki mają olbrzymi bagaż doświadczeń w tej kwestii. Po tym, jak Sitniki, aferzyści z Askenazego, zrobili Pyszczki w konia z kaucją (i to niemałą!), J- wie już, jak rozpoznać dobrego landlorda. Otóż dobry landlord nie jest wylewny (a taki jest typowy sitnik), dobry landlord nie przychodzi po odbiór kasy z całą rodziną (a tak robiły sitniki), i wreszcie, dobry landlord nie próbuje się zaprzyjaźniać z najemcami, jak sitnik-typicus. J-Pyszczek wie też, gdzie szukać ogłoszeń (na gratce.pl, a jakże!) i na jakie kwestie zwracać uwagę oglądając lokale.
Tak się przynajmniej J-Pyszczkowi wydawało, że wie. Bo, jak się właśnie okazuje, rynek nieruchomości w Warszawie zmienił się przez ostatni rok diametralnie. Gratka.pl przeżywa zalew fejkowych ogłoszeń od agencji nieruchomości podszywających się pod osoby prywatne. Na przykład, spośród dwudziestuparu ogłoszeń, które J- wybrał sobie do sprawdzenia w poniedziałek, tylko 2 były od osób prywatnych, z czego jedno już nieaktualne. Najepsze jest to, że te chytrusy z agencji o wdzięcznych nazwach ,,biuro wenecja'', ,,biuro milan'' albo ,,biuro pamflet'' mają jakieś niezliczone ilości komórek o różnych numerach, podpisują się zawsze imieniem (Sylwia, Ania, Irmina, Filip...) i jakimś idiotycznym adresem mejlowym w rodzaju mongolia104@tlen.pl, który rzeczywiście sugeruje, że wynajmujący to przeciętny, standardowy, poczciwy analfabeta internetowy.
J-Pyszczek po wykonaniu kilku takich telefonów na fejkowe numery, które zawsze odbiera ta sama pindzia-biurwencja ze swoim marazmatycznym ,,biuro, słuchaam?'', postanowił podejść do kwestii metodycznie. Przypomniał sobie mianowicie, co mówiła, na niesamowicie lanserskiej biznes-imprezie na Szrenicy, o wyuczalności w granicy Nina, i postanowił spisać sobie wszystkie oszukane numery pośredników, wszystkie ich oszukane mejle, i wziąć po prostu, zgadnąć regułę rozpoznawania pośredników. Metoda treningu jest taka, że za każde nacięcie się na ich ofertę, J-Pyszczek pluje sobie w brodę. A jak z kolei wykona dobry telefon, do bezpośrednika, to robi sobie kanapkę z nutellą.
Prawda niezaprzeczalna jest taka, że reguła rozpoznawania pośredników jest, bo być musi. No bo tak: pośrednicy nie tylko łowią najemców przez internet, ale też łowią wynajmujących. Taka pani, której mieszkanie J- idzie dziś obejrzeć, powiedziała, że jak dodała do gratki swoje ogłoszenie o 2 w nocy, to już między siódmą a dziesiątą rano zadzwoniło do niej piętnastu agentów celem skaptowania jej do siebie. Czyli wniosek taki, że buce wiedzą, jak się rozpoznać, bo w przeciwnym razie nacinali by się sami na siebie. Ha!
Ale J- też już wie. I to po jedynie trzech kanapkach z nutellą. Otóż po czym poznać pośrednika?
- adres mejlowy według prostego wyrażenia regularnego: [imię][cyfra]*@[tlen.pl/interia.fm/wp.pl]
- numer telefonu z Orange (bo wiadomo, orange ma najlepsze oferty dla małych firm) - chociaż to nie jest reguła, to tylko zwiększa prawdopodbieństwo nacięcia się
- ogłoszenie jest podpisane prostym polskim imieniem: Sylwia, Jola, Ania, Kasia, Basia, Halina, Hanna, Filip, Wojtek, Paweł...
- treść ogłoszenia, mimo dużych możliwości opisu, jakie daje gratka.pl jest lakoniczna, z błędami interpunkcyjnymi, bez wielkich liter i polskich znaków - w końcu buce z agencji muszą wklepać tych ogłoszeń setki dziennie!
- kusicielstwa typu ,,bez kaucji'', ,,cena do negocjacji'' ZAWSZE wskazują pośrednika
- no i jeszcze oczywistości - brak podanej ceny, brak podanego metrażu i wszelkie ,,serdecznie polecam'', ,,zadzwoń!''
Póki co nie jest jednak aż tak źle z tymi pośrednikami - są zarazą, mają jakieś naiwne oferty (250,- za adres ogłoszeniodawcy!) dla prawdziwych idiotów, ale można ich uniknąć. Za to gorzej jest z tym, że mieszkania, w stosunku do przed-rokiem, strasznie w tej Warszawie podrożały. Z trudem idzie znaleźć coś poniżej tysiąca, a jak już, to jest to nora o powierzchni mniej niż 25 metrów kwadratowych. Kiedyś Pyszczki wynajmowały norkę przy Łazienkach za tysiąc. Pełen luksus. Teraz można znaleźć podobne, ale tylko na jakichś wygwizdowach typu Żerań, Tarchomin albo Białołęka.
Ale cóż, J- będzie szukać, a jak już zakończy, zamieści na blogu listę wszystkich oszukanych numerów od pośredników-podszywaczy. Łącznie z nazwiskami.
A gdyby czytał to ktoś (w końcu, skoro blog ma średnio 50 wizyt, ktoś taki może to przeczytać), kto chce wynająć Pyszczkom mieszkanie w Warszawie, to niechaj się ten Ktoś wpisze w komentarzach, a J- tym prędzej odpowie!
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
15:11
2
comments
Labels: mieszkanie, obyczaje, warszawa, wynajem
wtorek, czerwca 12, 2007
O tym, gdzie studiować lingwistykę, czyli Pyszczkom w żłoby dano i nie wiedzą co wybrać
Chwilowe rozprężenie po wczorajszym egzaminie sprawiło, że J-Pyszczka naszła refleksja: co dalej? Za 2 tygodnie Pyszczki sobie wrócą nad Wisłę (nad Odrę w zasadzie), potem w październiku pójdą na zajęcia, na które już się zarejestrowały przez USOS, w listopadzie wymyślą swoje tematy prac magisterskich, w maju, powiedzmy, skończą je pisać, w czewrcu, optymistycznie, się obronią i... i co dalej?
Można by sobie teraz pogawędzić w tonie marudnym, że w IV RP nie ma zbyt dużych możliwości rozwoju i merkantylizacji talentów dla dwóch świeżych filozfów zainteresowanych lingwistyką, retriwalem informacji i programowaniem. No bo co - studia w IPI PAN z tysiącem złotych na miesiąc (choć plotki mówią, że PAN przymierza się do likwidacji stypendiów)? Czy też doktorat na KP3? A może mckariera w warszawskim city? Też jest to jakies wyjście... ale bez entuzjazmu.
R- oczywiście już dawno zarzucił pomysł pozostawania w Warszawie i skwierczenia w rondlu z sosem własnym na KP3. R- planuje wrócić do Leuven i skwierczeć z tutejszymi lingiwstami w CCL, na pierwszym piętrze uroczej kamienicy na ulicy Marii Teresy. Ma to swoje plusy - doktorat się zrobi, tysiąc dwiescie erło się zarobi, w weekendy można bawić się LISP-maszynami w piwnicy. Ale są też minusy - Leuven jest małe, jest nudnawe, nie ma ładnej przyrody w okolicy no i J- się tu trochę nie odnajduje.
J- ma natomiast inny pomysł, który wprawdzie nie przyspiesza za bardzo pyszczkowych karier (rok w plecy), ale jest genialny (jak każdy J-pomysł), pozwala pojeździć po Erłopie, poznać nowe środowiska i się porozwijać. Pomysł jest taki, żeby se postudiować lingwistykę i zrobić MSc.
A gdzie to można zrobić? Gdzie można studiować prawdziwą lingwistykę? Nie stosowaną (czyli studia dla tłumaczy), nie danielewiczowistykę (czyli dogmatykę Bogusławskiego) i nie komputerową (czyli naukę obsługi emacsa)? Oczywiście, nie w Polsce. Za to można: w Saarbrucken, w Bolzano, w Pradze, w Utrechcie, na Malcie nawet ponoć można.
Krótki przegląd więc:
Saarbruecken (Niemcy)
Master of Science in Computational Linguistics, ze specjalizacjami w Computational Psycholinguistics, w Language Technology, w Phonetics & Speech Technology i w samej Computational Linguistics. Kosztuje to 500 euro, trwa 18 miesięcy i jest w górach. No i jest po angielsku. Ludzie związani z Saarbruecken piszą świetne podręczniki do NLP i IR, więc raczej oferta nie jest ściemniana. Do tego, jak się już jest studentem Saarbruecken, to można jeden semestr spędzić w ramach umowy multilateralnej w Bolzano.
Bolzano (Włochy)
European Masters Program in Language and Communication Technologies. Kosztuje już trochu więcej, bo całe 1150 erło za rok. Ale są skolarszipy dla biednych (5200 erło na rok) i dla mądrych (1080 erło). Jak zwykle biedni dostają więcej niż mądrzy, ale jak się jest mądrym i biednym, to dopiero się ma!
W Bolzano są góry, i to nie byle jakie, bo Dolomity. Wymagania są tylko niestety trochę wyższe, niż w Saarbruecken, bo chcą baczelorów lingwistyki lub pokrewnych - no a jak w Polsce zrobić baczelorat z lingwistyki!? Dla baczelorów informatyki lub sztucznej inteligencji Bolzano ma natomiast inną propozycję: European Masters Program in Computational Logic. Uczą tam logiki, Prologa, Sieci Semantycznych, Databaz, Reprezentacji Wiedzi i innych fajnych rzeczy, które roziwijają kulturę materialną XXI-wiecznej cywilizacji. Tylko Wlochy są drogie, kurde.
Ale jest jeszcze inna opcja.
Praga (Czechy)
Południowi sąsiedzi też oferują European Masters Program in Language and Communication Technologies. Trwa 2 lata, jest po angielsku, nie wiadomo wprawdzie, ile kosztuje, ale znając Czechy, to na kieszeń Pyszczków. Program jest prawie taki sam jak Bolzański, bo to w ramach unijnego Erasmus-Mundus robią. W ogóle cała idea European Masters Program jest fajna - studiuje się rok tu, rok gdzie indziej. Strasznie kosmopolityczne.
Utrecht (Holandia)
Master of Arts in Linguistics za 1538 erło. 2 lata, ze stażem, fajne zajęcia (wszędzie zresztą zajęcia są fajne). Nie ma wprawdzie ładnej przyrody (typowe dla Niderlandów), ale za to jest w miarę blisko do morza, w sklepach jest dobre żarcie, no i Utrecht jest większy niż Leuven.
Jest jeszcze Amsterdam, ale jakoś za bardzo oklepany:) Drogi (1500 erło), zdemoralizowany (narkotyki, prostytutki, pedofile i rozpusta), ludzie jeżdżą tam na goło na rowerach i w ogóle. No i jeśli Amsterdam to nie MSc tylko PhD od razu by się przydało.
Cóż, Pyszczkom w żłoby dano, w jeden Saarbruecken, w drugi Bolzano, i jeszcze multum innych opcji. Trzeba będzie wybrać, może Wierni Czytelnicy dopomogą?
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
17:12
6
comments
Labels: studia
O klastrowaniu synonimów i włoskich lodach, czyli o sesji
Mówią, - R-Pyszczek mówi, Agnieszka mówi, - że wypadałoby coś wreszcie napisać na tym blogu, bo wziął się zaciął na Filutce z kwietnia. A poza tym, podobno blogowanie dobrze robi na higienę intelektu, o którą ponoć należy dbać w trakcie sesji. W szczególności - w trakcie sesji belgijskiej.
A sesja belgijska to, proszę wiernych Czytelników, nie jest byle co. W porównaniu z nią, to co się odprawia w czerwcu na KP3, to nie są żadne egzaminy, tylko ich nędzne podróbki. Pierwsza różnica - zacny IF UW stosuje dumpingowe i-si-ti-esy (takie punkty, co Unia kazała przyznawać żeby zharmonizować wyższe kształcenie). Przykładowo, za seminarium Mieszka Tałasiewicza IF UW daje 15 i-si-ti-esów. Żeby zaliczyć rok, trzeba uzbierać ich sztuk 60. Czyli wystarczy pójść na 4 seminaria, napisać 4 sprawozdania i przedstawić 4 referaty (złożoność trudnościowa zaliczenia roku na KP3 jest stała i wynosi 8 trudów - J-Pyszczek sam wymyślił tę jednostkę!) Tutaj natomiast trudów trzeba więcej. Przykadowo kobylasty egzamin z retriwalu informacji (o szukaniu, o sieciach, o klastrach i maszynach, które się uczą) daje punktów 4. Żeby zaliczyć rok, trzeba takich egzaminów zdać 15. Czyli tyle, ile dają za jednego Mieszka.
Dzisiaj właśnie J- zdawał taki egzamin (który i tak stanowi tylko 66% oceny, bo jeszcze trzeba było pracę trzasnąć - J- trzasnął i to jaką!). I wszystko byłoby świenie i kolorowo, gdyby nie czeski błąd, jaki J- popełnił w części pisemnej (były aż 2 części!). Błąd jest tak czeski, że aż warto się nim pochwalić, ku pocieszeniu innym sesjującym.
Otóż kazali J-Pyszczkowi poklastrować słowa. Mamy zbiór słów, mamy macierz relacji między słowami i mamy zbudować tezaurus. Czysto statystyczne robienie maszyny w konia, że niby rozumie automatycznie słowa i wie, które to synonimy. J- się uczył, więc zadanie zrobił. Wyszły mu dwa klasterki, enlegancko, tak jak miało być. I już oddawał pracę, bo czas się kończył, ale nagle się zorientował, że ta macierz relacji, co mu ją dali, to nie była macierz podobieństw słów (np. kookurencji, jak to się zwykle daje), tylko macierz odległości między słowami w korpusie. Znaczy się, że im większa stała w macierzy cyferka, tym bardziej niesynonimiczne były słowa (statystycznie biorąc rzecz). Ale było już za późno. J- oddał więc rozwiązanie zadania, które przedstawiało dwa klastry najbardziej niesynonimicznych słów. Żenada...
Był to już drugi egzamin J-Pyszczka. Pierwszy był w czwartek i dotyczył stosunków - europejskich po 1945. Bardzo fajny przedmiot, bardzo isnpirujący, zaogniający pyszczkowe kłótnie: qualified majority voting czy unanimity? R- oczywiście na socjalistycznej straży eurokratów, J- po stronie rokoszan z "liberum veto!" na ustach. Albo przyjąć Turków, czy nie przyjąć? R-Pyszczkowy euronacjonalizm versus J-Pyszczkowe umiłowanie kebaba. Ale przedmiot się już skończył, i trzeba było zdać egzamin (1000 stron lektur za 5 punktów - cf. raz jeszcze seminaria z KP3... łza się w oku kręci).
Pyszczki jednak nie narzekały na konieczność uczenia się historii Unii (choć pewnie w innych okolicznościach, gdyby przedmiot był obowiązkowy, narzekałyby niezmiernie). Historia Unii jest wprawdzie najnudniejszą historią ze wszystkich możliwych - zamiast wojen są kryzysy pustych krzeseł, zamiast
krwawych podbojów - dobrowolne akcesje, a zamiast walk zbrojnych - szczyty i obrady. Nic się nie rozpada, nic nie bombardują, wszystko idzie gładko - historia na miarę ulotek świadków Jehowy.
Pewne ciekawostki z historii Europy okazują się jednak nieocenione. Pozwalają bowiem brylować w socjecie i, co więcej jeszcze, stawiać ważkie problemy natury etycznej.
Na przykład, o czym J- wcześniej nie wiedział, Margaret Thatcher, z wykształcenia chemik, wynalazła (sic!) - lody kręcone, tak zwane włoskie. Czy wobec tego eurofederalista, laburzysta, albo inny antytaczerysta, może z czystym sumieniem oddawać się konsumpcji loda w wafelku? Czy to nie narusza spójności światopoglądowej?
Baudrillard pisze (J- nie wie, czy pisze, ale warto się na wszelki wypadek powołać, zawsze to i lepiej brzmi), że normą współczesnej etyki jest spójność symboli konstytuowanych przez konsumowane dobra. Czyli, że jak J- jada lody kręcone i jednocześnie jada w barze mlecznym (dotowanym! konstytucyjnie gwarantowane!), to jest niespójny. I że to źle, więc musi się opowiedzieć. Zadeklarować.
Ważki problem - wart przemyślenia przed powrotem na KP3. Zwłaszcza, że R- musi jeszcze napisać zeszłoroczną pracę z nieanalitycznej...
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
01:22
0
comments
sobota, kwietnia 14, 2007
O psie - co można z nim robić i dlaczego fajnie go mieć?
Dla jasności: film jest autorstwa Amelki (ale że nie ma ona własnego bloga, to zamieszcza się go gościnnie na hot-pyszczkach), Filutka jest psem MamyJ-Pyszczka, miejsce akcji to wybieg dla intelignetnych psów w Szczecinie-Zdrojach.
Posted by
Julia Krysztofiak-Szopa
at
22:25
7
comments
Labels: obyczaje